Przykro nam, strona o podanym adresie nie istnieje.

Sprawd, czy wpisae poprawny adres strony, lub skorzystaj z katalogu lub wyszukiwarki.



Copyright 1996 - 2006 Grupa Onet.pl SA - zobacz wszystkie serwisy »

  • Czytasz wiadomości wyszukane dla frazy: agroturystyka Zakopane i okolice
  • podatki i marża - prosze o pomoc

    Ceny generalnie kształtuje rynek. W takim np. Zakopane - w zależności od standardu pokoju zaczynają sie od 25,- zł. Jaki jest koszt utrzymania? Na pewno niższy niż w hotelu. Pościel zmieniasz raz w tygodniu, nie ma zazwyczaj ręczników, środków higieny, nie potrzeba dodatkowych osób do obsługi, sprzątania.

    Moim zdaniem powinnaś wyjść od ceny jaką mają podobne kwatery w okolicy (jeśli są) w porónaniu z twoim standardem by być konkurencyjną.
    Na pewno nie ma sensu obliczać kosztu utrzymania pokoju i dodawać np 50% marży bo i tak cena będzie zbyt niska.

    Zgłosić dzialalność do US powinnaś. Jeśli jest szansa podciągnąć to pod agroturystykę to jeszcze lepiej . Można starać sie nawet o dofinansowanie z UE.
    Stawek vat nie znam 3% lub zw. przy agroturystyce ale z tym pytaniem mozna zwrócic sie do US

     

    strona internetowa miasta

    Cytat:http://piastow.pl/wazne_linki

    Pomijając fakt iż wg mnie nie wszystkie te linki dla szarego Kowalskiego są ważne stwierdzam że:

    Serwer Warszawy i Mazowsza
    http://www.warszawa.org.pl

    zakończył już dawno swój żywot, bo domena jest na sprzedaż

    Portal Regionalny Mazowsze
    http://www.mazowieckie.pl

    ja bym powiedział że to strona MUW w Warszawie a nie jakiś Portal Regionalny

    Serwis informacyjny dla osób niepełnosprawnych mieszkających w Pruszkowie i okolicy
    http://www.idn.org.pl/Pruszkow/

    strona nie jest aktualizowana od kwietnia 2006 jaki więc z niej pożytek...

    Nieoficjalna strona Ursusa
    http://www.ursus.prv.pl

    strona baaardzo nieoficjalna, tak bardzo że nie ma tam chyba słowa o Ursusie ale za to możemy poczytać o majówce w Darłówku, feriach w Zakopanem czy kursie jogi w Lanckoronie



    Brawo admin chyba czyta forum bo wniesiono poprawki z tym że ja będę się czepiał strona

    Serwis informacyjny dla osób niepełnosprawnych mieszkających w Pruszkowie i okolicy
    http://www.idn.org.pl/Pruszkow/

    Nie zawiera absolutnie nic oprócz informacji i jej autorach, reklamy telewizji kablowej oraz adresu gospodarstwa agroturystycznego w Młochowie. Reszta linków na tej stronie dawno umarła

    Sprawdzone kwatery

    Ja polecam okolice Lądka Zdroju. Powinnam mieć gdzieś adres do fajnej agroturystyki na końcu świata, gdzie się droga kończy. Poszukam, jak tylko junior raczy zasnąć.

    A w Zakopanem to najchętniej zawsze nocowałam poza Zakopanem - w Białym Dunajcu, Murzasihlu, Bukowinie... jakoś tak spokojniej.

    Dracena dnia Pią 19:58, 28 Mar 2008, w całości zmieniany 1 raz

    Linia kolejowa Bielsko - Wadowice

    Z Radoczy czy Woźnik dorożka, wóz drabiniasty z siankiem, rowerek i już takie wioski jak Witanowice odżyją na AGROTURYSTYCE, rekreacji szeroko pojętej, macie tam takie ŁADNE okolice, do tego Skawa dość czysta, coraz czystsza.

    Entropka czy ja dobrze rozumiem?

    Nie chcesz tej linii, nie chcesz linii też Kraków - Bielsko, może Oświęcim-Spytkowice- Wadowice-Zakopane? Nie chcecie szynobusów, czy TYLKO macie ubaw ze mnie? Bo to dwie różne sprawy.

     

    ="nd();" >Wakacje 2006

    No ja je┐d┐? zawsze z pieskami. Potem podam adres to agroturystyki w Witowie ko│o Zakopanego :) Okolice ?wietne, tereny te┐ i Wit·w jest od tej strony Zakopca, ze jak si? jedzie do Zakopca to nigdy nie ma kork·w, bo od drugiej strony do Zakopanego dojecha© to trzeba chyba o 5 rano wyjecha© :) Poza tym je╝dzimy g│·wnie na wie? do m?┐a babci albo do mojej rodziny do Wronek :)

    Wszystko o Farmutilu i Henryku Stokłosie

    Groźba bezrobocia związana ze zniknięciem Farmutilu nie istniała i nie istnieje.

    Po pierwsze.
    Zakłady utylizacyjne muszą istnieć, ale niekoniecznie muszą ztruwać okolicznych mieszkańców. Problem w tym, że Farmutil nie przestrzega norm produkcyjnych, omija prawidłową technologię i wypuszcza trujący smród bezpośrednio do atmosfery, bo tak jest najtaniej.
    Najłatwiej zauważyć takie postępowanie w soboty, niedziele i święta oraz w godzinach nocnych, kiedy służby mogące dokonać kontroli nie pracują.
    Właściciel Farmutilu musi również zrozumieć, że utylizacja, to nie jest zakopywanie do ziemi odpadów i padliny. Gdyby tak było to każdy zakład w Polsce mający takie odpady i padliny, mógłby zakopać je na swoim terenie i Stokłosa nie musiałby wozić ich po 200 km, żeby zakopywać je wokół Farmutilu w Śmiłowie i brać za to pieniądze od państwa.
    Uczciwy właściciel takiego obiektu postarałby się, aby nie truć współmieszkańców i żyć z nimi w zgodzie.
    Ponieważ tak nie jest, należy go zmusić do przestrzegania przepisów prawa.

    Po drugie.
    Kiedy nasza okolica będzie wolna od trujących wyziewów z Farmutilu, wówczas z uwagi na unikalne walory turystczne, nie tylko lasy i jeziora, ale niezwykłość krajobrazową pradoliny rzeki Noteci, rozwinąć się może agroturystyka na dużą skalę. Niewielkimi nakładami finansowymi, każdy rolnik mógłby w swoim domu wygospodarować jeden, dwa pokoje dla turystów. W ten sposób całe wioski mogłyby zarabiać na bazie noclegowej. Inni zająć się mogą zapleczem i obsługą turystów.

    Dochody z turystyki są w każdym kraju jednym z głównych źródeł dochodów i zapobieganiu bezrobocia.
    U nas w powiecie pilskim jest to niemożliwe z powodu smrodu.

    Sami przekonają się sceptycy, kiedy "w turystyce" będzie zatrudnionych o wiele więcej osób niż we wszystkich zakłach Stokłosowych, razem wziętych.
    Nie wspomnę tu o różnicy w warunkach pracy i płacy.

    Jedynym problemem, który nie pozwala na rozwój turystyki jest wszechobecny smród.
    Mam nadzieję, że śmierdzi nie tylko ekologom ze SEPZN, ale młodym, przedsiębiorczym ludziom z Piły i okolic, którzy nie chcą opuszczać rodzinnych stron i chcą znaleźć godziwe warunki do życia tu, na miejscu.
    Takich młodych ludzi zapraszam do współpracy na rzecz czystego środowiska w naszym powiecie.

    1

    Podam poniżej jeden z przykładów pozytywnej postawy mieszkańców
    Bartne - Beskid Niski

    Cytat:Mieszkańcy Bartnego nie chcą zbiornika retencyjnego ani rezerwatu architektonicznego

    Nie chcemy żyć w "rezerwacie dla Łemków" - mówią mieszkańcy podgorlickiej wioski Bartne. I protestują przeciw planom budowy zbiornika retencyjnego i rezerwatu architektonicznego.

    Wioska Bartne leży w Beskidzie Niskim, na skraju woj. małopolskiego. Zachowały się tutaj zabytkowe łemkowskie cerkwie, chałupy i krzyże. Oburzenie mieszkańców wywołał projekt przestrzennego zagospodarowania dla okolicy. Władze gminy Sękowa zaliczyły w nim Bartne i pobliskie Bodaki do strefy ograniczonego rozwoju. Tutaj zaplanowały zbiornik retencyjny i tzw. rezerwat ruralistyczno-architektoniczny. Na pierwszy zarezerwowano kilkanaście hektarów, drugi obejmuje ponad 100 ha (strefy ścisłej i wzmożonej ochrony). Obydwa projekty znacznie ograniczają, a w niektórych miejscach wykluczają budownictwo.

    Nie chcemy nieżyciowych przepisów

    - Od 100 lat nie mieliśmy poważniejszej powodzi. Tymczasem władze chcą zakazać zagospodarowania ziemi, choć nie wiadomo nawet, czy ten zbiornik powstanie - przekonuje sołtys Bartnego Adam Kuziak. Łemko z urodzenia, najbardziej narzeka na architektoniczne obostrzenia w centrum wioski. Rezerwat - jak przyznaje - istnieje formalnie od lat 70. Mimo to nie uchronił przed dewastacją wielu drewnianych chyży (łemkowskich chat). Mieszkańcy, nierzadko wbrew zakazom, budowali nowe domy, zaniedbując stare. Aż w końcu - po zaostrzeniu prawa budowlanego - urzędnicy zaczęli egzekwować przepisy, wstrzymując zezwolenia na niezgodne z prawem inwestycje.

    - Chcą, żebyśmy budowali tylko takie domy jak dawniej. Sam urodziłem się w chyży, ale czasy się zmieniają i ludzie chcą wygodniej żyć i gospodarować - narzeka sołtys Kuziak. - Bartne to nie Zakopane czy Białka Tatrzańska. Z samej agroturystyki tutaj się nie wyżyje.

    Mieszkańcy obydwu wiosek zaapelowali do władz gminy, by wycofały się z "nieżyciowych" zapisów. Przypominają, że Bartne to jedyna miejscowość na dawnej Łemkowszczyźnie, zamieszkana w większości przez rdzenną ludność. Tymczasem plan ogranicza jej rozwój. "( ) chcemy, aby obiekty zabytkowe (chyże, cerkwie, krzyże) były pod opieką konserwatora zabytków, ale w rozsądnej granicy wokół tychże obiektów" - napisali mieszkańcy. Ich wystąpienie wsparł prof. Andrzej Felenczak z krakowskiej Akademii Rolniczej. "( ) to pomysł szalony i nosi znamiona polityczne, a wręcz nacjonalistyczne ( ). Wyznaczenie rezerwatu na terenie, gdzie żyją ludzie i funkcjonują dobrze działające gospodarstwa rolne. jest perfidne i niedopuszczalne, uderza w całą społeczność łemkowską" - stwierdził w liście do rady gminy Sękowa. "Czyżby władze gminy Sękowa chciały dokończyć dzieło zamierzone Akcją >>Wisła<
    Władze: o wszystkim informowaliśmy

    Protest zaskoczył lokalne władze. Wystąpienie łączą ze zbliżającymi się wyborami samorządowymi. Zaprzeczają, aby ktokolwiek chciał szkodzić łemkowskiej społeczności. Jak podkreślają, gminny plan uchwalono już w listopadzie 2004 r. Choć zawierał wspomniane ograniczenia dla Bartnego i Bodaków, nikt się wtedy nie sprzeciwiał. - O wszystkim na bieżąco informowaliśmy radnych, sołtysów, a za ich pośrednictwem i drogą ogłoszeń mieszkańców - zapewnia przewodniczący rady gminy Andrzej Tokarz. Według niego plan nie ogranicza rozwoju miejscowości. Wręcz przeciwnie, chroni przed dewastacją malowniczy krajobraz i służy agroturystyce. W rozmowie z "Gazetą" zapowiedział jednak wystąpienie o wyłączenie zbiornika z wojewódzkiego programu małej retencji.

    - Nie będziemy nikogo uszczęśliwiać na siłę. Budownictwo na terenach zalewowych i tak nie ma sensu - dodaje wicedyrektor Adam Cebula z Małopolskiego Zarządu Melioracji i Urządzeń Wodnych w Krakowie.

    O rezerwacie architektonicznym w tym tygodniu mają rozmawiać mieszkańcy z konserwatorem zabytków i władzami gminy. Wójt i przewodniczący rady gm. Sękowa bronią pomysłu, tłumacząc się prawnymi wymogami ochrony dóbr kultury. "Można jedynie wyrazić ubolewanie, że Państwowa Służba Ochrony Zabytków nigdy nie dysponowała wystarczającymi środkami na ratowanie cennych zabytków regionalnego budownictwa łemkowskiego, nie mogła wspomóc właścicieli zabytkowych budynków, a na ogół była bezsilna wobec dziejącej się na naszych oczach fizycznej destrukcji obiektów" - odpisali mieszkańcom.



    Żródło

    a jeśli chcecie prześledzić całą dyskusję mieszkańców z Gminą Sękowa to zapraszam tutaj.

    Wszystko o Farmutilu i Henryku Stokłosie

    Ścieki z zakładu Stokłosy zrujnowały rolnika

    Stanisław Grabiński, rolnik z okolic Śmiłowa, do niedawna właściciel popularnego gospodarstwa agroturystycznego, rozpoczął wczoraj protest głodowy przed sądem w Pile. Oto powód desperacji mężczyzny - dorobek jego życia przestał istnieć, kiedy do kąpieliska spłynęły ścieki spuszczone z zakładu utylizacyjnego należącego do byłego senatora Henryka Stokłosy. Grabiński dysponuje ekspertyzami biegłych i prokuratury potwierdzającymi jego racje. Na wyrok sądu czeka już pięć lat.
    Wczoraj okazało się, że sędzia, który miał prowadzić postępowanie... poszedł na urlop. List z prośbą o interwencję w tej sprawie Grabiński wysłał do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry i zapowiada, że głodówkę będzie prowadził do skutku, czyli wypłaty odszkodowania.
    120 zł zapomogi od gminy - tyle pieniędzy na życie otrzymuje miesięcznie Stanisław Grabiński, rolnik z miejscowości Brodna koło Śmiłowa w powiecie pilskim. Jeszcze 7 lat temu Grabiński uchodził za jednego z najzamożniejszych gospodarzy w regionie, prowadził doskonale prosperujące gospodarstwo agroturystyczne z niewielkim jeziorkiem, z którego mogli korzystać zarówno miłośnicy wędkowania, jak i kąpieli. Starczało na życie i utrzymanie rodziny - mówi Grabiński.
    Sielanka się skończyła w 1999 r., kiedy do kąpieliska spłynęły ścieki spuszczone z zakładu utylizacyjnego "Farmutil" z pobliskiego Śmiłowa, należącego do byłego senatora Henryka Stokłosy. To właśnie na polach tego przedsiębiorstwa w ubiegłym roku znaleziono zakopaną nielegalnie padłą zwierzynę.
    Ścieki, które latem 1999 r. dostały się do kąpieliska, zatruły wodę i przyczyniły się do śmierci ryb. Gospodarstwo agroturystyczne padło, ponieważ nie było turystów chętnych do korzystania z tak zanieczyszczonego jeziorka.
    - Toniemy w długach. To już nie życie, to wegetacja - twierdzi Stanisław Grabiński, który - wierząc w sprawiedliwość - postanowił domagać się przed sądem przyznania mu od Henryka Stokłosy odszkodowania w wysokości 1,2 mln zł.
    Kiedy w 2002 r. składał pozew do sądu w Pile - uzbrojony w orzeczenie Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska w Pile jednoznacznie potwierdzające, że to właśnie ścieki z zakładu Stokłosy przyczyniły się do zatrucia wody, w opinię biegłych sądowych, opinię ichtiologa potwierdzającego jego rację i wreszcie ustalenia prokuratury z Chodzieży - wydawało mu się, że sprawa zostanie rozstrzygnięta szybko. Jednak, jak się okazało, mylił się i to bardzo. Mimo że od całego zdarzenia minęło już siedem lat - do dziś sąd nie potrafił wydać wyroku w tej sprawie.
    Rozprawy przeciwko Stokłosie w pilskim sądzie są opóźniane i odraczane. Ostatnia, której termin wyznaczono na połowę marca, została nagle odwołana, a termin nowej do dziś nie został wyznaczony.
    Grabiński, który wczoraj rozpoczął głodówkę przed Sądem Rejonowym w Pile, twierdzi, że to już ostatni, najbardziej dramatyczny akt walki o sprawiedliwość. Wysłał list z prośbą o interwencję do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry i zapowiada, że głodówkę będzie prowadził do skutku.
    Jak wczoraj poinformowała nas przewodnicząca ośrodka zamiejscowego poznańskiego Sądu Okręgowego w Pile, sędzia Maria Trzebna - do sprawy został wyznaczony nowy sędzia, który w lipcu jest na urlopie. Kolejny termin rozprawy zostanie wyznaczony natychmiast po jego powrocie z odpoczynku. Rzecz w tym, że wyznaczenie nowego składu sędziowskiego prawdopodobnie oznacza konieczność prowadzenia sprawy od początku, co wiąże się również z dalszym odwleczeniem wydania wyroku w tym postępowaniu.
    Wczoraj nie udało nam się skontaktować z Markiem Barabaszem, rzecznikiem prasowym zakładów Farmutil w Śmiłowie. Jak nam powiedziano, rzecznik jest poza terenem przedsiębiorstwa i nie ma możliwości rozmowy z dziennikarzami.
    Wojciech Wybranowski
    Źródło:
    http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... d=po01.txt

    Rowokół 2005

    Wiem, że to forum górskie, ale każdy, kto nie był i nie widział pięknego wybrzeża słupskiego, ten popełnił wielki błąd. Tereny te uważam, ża bardzo atrakcyjne pod względem turystycznym. Jest tam wiele szlaków dla piechurów i rowerzystów, a "ostatecznie" można również iść plażą . Nie ma kłopotu z noclegami (agroturystyka, pola namiotowe itp.). Zabystki kultury słowiańskiej tzw. dolina w kratę, ruchome wydmy, bory sosnowe, jeziora, rzeki i ... morze, piekne i cudowne o każdej porze roku.
    Teren ten to przede wszystkim Słowiński Park Narodowy - jedno z moich ulubionych miejsc w naszym pięknym kraju. Poniżej opisuję Rowokół - świętą górę Słowińców.

    Rowokół (115 m n.p.m.) - wzniesienie polodowcowe położone na Wybrzeżu Słowińskim w pobliżu miejscowości Smołdzino (dawne województwo słupskie, 28 km od Słupska), w odległości 6 km od morza, w strefie ochronnej Słowińskiego Parku Narodowego, wokół wzgórza utworzony jest rezerwat "Wzgórze Rowokół", o powierzchni 562,81 ha.

    Rowokół to wzgórze dominujące nad całą okolicą i bardzo charakterystyczny punkt orientacyjny. Na wzgórzu usytuowany był ważny ośrodek pogańskiego kultu religijnego, ale także punkt nawigacyjny dla marynarzy i żeglarzy. Na południowo - wschodnim zboczu Rowokołu odkryto pozostałości kolistych wałów z IX- XI wieku z wielkim paleniskiem ofiarnym i szczątkami kości zwierzęcych. Na przełomie XII i XIII wieku wzniesiono na Rowokole kaplicę poświęconą św. Mikołajowi - patronowi żeglarzy i piratów . Wieża górująca nad kaplicą pełniła rolę latarni morskiej. W owym czasie wzgórze stanowiło cel licznych pielgrzymek. Do czasów reformacji Rowokół, obok Góry Chełmskiej w Koszalinie i Św. Góry w Polanowie, był jednym z ważniejszych ośrodków kultu religijnego na Pomorzu Zachodnim, któremu kres położyło wprowadzenie na Pomorzu nauki Marcina Lutra. Wówczas to zburzono kaplicę, przetrwała jedynie wieża służąca jako latarnia. Na jej rozbudowę Książe Ernest Bogusław de Croy przeznaczył w testamencie w 1684 roku 200 talarów (wydaje mi się , że był to syn księżnej Anny de Croy, która mieszkała m.in. w Zamku Książąt Pomorskich w Słupsku i była ofiarą działalności dwóch czarownic ze Słupska, które podały jej zatruty czarami napój, za co później zostały spalone na stosie – 1651 r.). Mimo tego jednak wieża została rozebrana, a resztki jej fundamentów zburzono w 1847 roku. Ostatecznie latarnię morską zbudowano w pobliskim Czołpinie, na wydmie oddalonej o 1 km od brzegu (latarnia ma światło umieszczone 70 m.n.p.m)
    Z górą Rowokół związanych jest wiele legend: zatopione dzwony, zbójeckie bandy, zakopane pieniądze, skarby piratów !!. Znane jest opowiadanie o tym, jak w trakcie burzenia kaplicy Św. Mikołaja zerwały się dzwony i stoczyły do pobliskiej rzeki Łupawy. Do tej pory w miejscu zatopienia dzwonów występują w rzece tak silne wiry, że grożą one kąpiącym się utonięciem. Ciekawostką są wyniki badań archeologicznych sprzed pięciu lat przeprowadzone przez naukowców ze Słupska, którzy na szczycie góry (tuz obok fundamentu dzisiejszej wieży) odnaleźli liczne pochówki. Nadal nie wiadomo jednak kogo tu pochowano – pielgrzymów, mnichów, ofiary bitwy czy piratów? O tym wszystkim można się dowiedzieć czytając tablice informacyjne umieszczone wzdłuż szlaku prowadzącego na szczyt.

    Gmina postawiła na szczycie wieżę widokową, zbudowaną z elementów konstrukcji olbrzymiego wiatraka-wieży wiertniczej, który w czasach niemieckich (do 1945) pompował wodę z torfowisk nad jez. Gardno. Wieża przeszła 3 lata temu gruntowny remont. Metalowa konstrukcja ma obecnie ok. 20 metrów wysokości. Na szczycie wieży znajdują się instalacje radiowe operatorów telefonicznych. Jest otwarta dla zwiedzających w sezonie letnim (od 1 V do 30 IX) i tylko przy ładnej pogodzie.

    Szlak na wzgórze rozpoczyna się na parkingu, ale stanowi jedynie niewielki odcinek szlaku prowadzącego przez dolinę rzeki Słupa. Parking w sezo nie letnim jest oczywiście płatny, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że jeżeli wieża widokowa będzie nieczynna, to będziecie zwolnieni z opłaty parkingowej. Droga w jedną stronę zajmuje ok. 20 – 30 minut, prowadzi przez liściasty las. Wzdłuż szlaku umieszczonych jest szereg ławek i wiat dla osób, które chciałyby odpocząć. Szlak przygotowany jest również dla rowerzystów. Sam wierzchołek jest wokół porośnięty gęstym lasem, ale widok z wieży jest oszałamiający, można podziwiać okolicę na odległość wielu kilometrów wokół, widać m.in. Słupsk, Rowy, Gardnę, Izbicę i latarnię morską w Czołpinie (również polecam ). Doskonale widać stąd jez. Gardno (świetne miejsce dla serferów i żeglarzy) i jez. Łebsko, rzekę Łupawę oraz przede wszystkim ruchome wydmy, które ciągną się aż do Łeby (Słowiński Park Narodowy). W pamięć zapada widok wód Morza Bałtyckiego, bardzo zróżnicowanych kolorystycznie. Podobno przy dobrej pogodzie w nocy widać światła duńskiej wyspy Bornholm na Bałtyku ( http://www.e-gory.pl/forum/viewtopic.php?t=472 )

    forumowe znajomości:D

    No dobra, przyznam sie ze troche zjechalam Bratka o to co napisal i pewnie dlatego nie zamiescil opisu.
    Takwiec nie pozostaje mi nic innego jak zacytowac jego opis i ewentualnie wcisnac swoje 3 grosze:

    Rajd „Ostatniej Nadziei” postaram się napisać jakąś relację z rajdu po górach świętokrzyskich. Wyruszyliśmy 23 sierpnia 2004 o godzinie 10:30 z miejscowości Kaczyn. Wyjechliśmy odpowiednio na : Awek (Pani kierownik) na Quiku, Ja na Belli, Witek na Lokacie, Krzyś na Bochunie, Wiola na Baśni i Magda na Kopii. Wiec było nas 6 osób. Pierwsze dwa koniki (czyli Quik i Bella) Zostały rano przywiezione przyczepą od Ewy. Pozostałe koniki zostały wypożyczone z Gospodarstwa Agroturystycznego państwa Wysockich z Kaczyna. po około 8 godzinach jazdy dotarliśmy do miejscowości Widełki. Ugoszczono nas tam pyszną obiadokolacją jak i śniadaniem następnego dnia. 4 koniki nocowały w stajni a dwa na padoku. My mieliśmy do dyspozycji starą chałupkę drewniana i wygodne łóżeczka. (moje 3 grosze: tego dnia objechalismy rezerwat Biale Ługi- ponad 100ha torfowisk, Kosciol w Cisowie z diablem, a
    w Widelkach nocowalismy w orginalnej zagrodzie z 1910 roku, krytej gontem, ktorego to wyrobem zajmuje sie gospodarz) Rano zrobiliśmy sobie trening w strzelaniu z wiatrówki do tarczy. O godzinie 10:40 wyruszyliśmy w drogę. Jechaliśmy 7 godzin. Po drodze czekała nas przeprawa przez górę Zamczysko (kolejne 3 grosze: na gorze zamczysko stal kiedys zamek, a trasa biegnie nad jego lochami i trzeba zjechac wasko sciezka i uwazac aby nie spasc)– dość trudny podjazd (czyli stromo, wąsko i nisko a na dodatek kamieniście), o godzinie 17.40 dotarliśmy do miejscowości Trzcianka. Jak zwykle obiad i śniadanie przepyszne . 24- go jechaliśmy prawie 9 godzin przy czym mieliśmy zwiedzanie klasztoru Benedyktynów na Świętym Krzyżu, i długi stęp przez Park Narodowy(i znowu ja: Do swietego krzyza wjezdzalismy po goloborzach, ale zarosnietych troche, bo te odsloniente to mozna ogladac tylo za oplata. Nastepnie wiekszosc grupy weszla do klasztoru i nie wiem co ta robili . Nastepnie przebijalismy sie nia "dziko" przez park, a potem stara kolejka woskotorowa, modlac sie aby nas nie zlapal lesniczy (co oczywiscie mialo miejsce). Puzniej przez pasmo Klonowskie i Bukowa Gore, na ktorej sa piekne wychodne piaskowca, bedace pomnikiem przyrody nie ozywionej.). O godzinie 17:50 dotarliśmy do miejscowości Wiącka. Nocleg mieliśmy w domku drewnianym w Ekologicznym Gosp. Agr. Obiadek pycha śniadanko zresztą też (dostaliśmy dzbanek z herbatą i w nim przeróżne zioła i dodatki wyglądało to jak Akwarium.). W sąsiedniej wsi odwiedziliśmy stadninę koni Highland Pony. Kolejnego dnia opowiedzieć nie mogę bo nie pojechałem gdyż Bella miała wyciek ropy z rany w okolicach wymion i dostała antybiotyk. Do Wąchocka dotarłem samochodem.

    AWEK-->"Tego dnia mielismy opuznienie z wyjazdem, gdyz Belle ugryzlo jakis czas temu paskudztwo i infekcja sie wdala. Ropa naszczescie znalazla ujscie, ale Bella musiala dostac leki przeciwbulowe, ktore dzialaja lekko oduzajaco. Wzwiazku z tym oddelegowalam Bratka do samochodu, aby pojechal przodem i nauczyl sie paru nowych kawalow o Wachocku.
    Wielkim szczesciem bylo to ze Bella byla nauczona chodzic przywiazana do siodla Q-ik'a, wiec kazde miejsce gdzie moglismy sie natknac na ludzi pokonywala w taki sposob, a pozatym to chodzila luzno gdzie chciala (raz nawet prowadzila caly zastep ).
    Pierwszym ciekawym miejscem jakie odwiedzilismy byl Rezerwat Kamien Michnowski, podobno jest tam ukryty skarb, zakopany w trumnie przez dwoch braci. Zyl tez w tamtejszej jaskini diabel chodzacy w czerwonych gaciach, ktory gral przepieknie na skrzypcach i przywabial swoim graniem ludzi ktorzy nie poszli w niedziele do kosciola lub szli do zrodla "burzacy stok". Ale z faktow wiemy ze zpewnoscia ukrywali sie tam partyzanci podczas WW II jak rowniez powstancy z powstania Styczniowego.
    Dalej pojechalismy pod zrodlo Burzący Stok, gdzie podobno woda ma wlasciwosci uzdrawiajace, niestety napicie sie wody nie uleczylo mojego skaleczenia, ani samopoczucia niektorych turystow (hehehe). W tym miejscu mielismy popas, gdyz dalsza trasa biegla, a raczej miala biec przez droge z "kocich lbow". Niestety niepodkote konie z Kaczyna chodzily jak po rozrzazonych weglach. Nie dlugo sie zastanawiajac pocjechalam na "skroty" przrzez las. Tego co tam sie dzialo nie da sie opisac. Powiem tylko tyle ze jechalismy po sciezkach gdzie nawet dzika zwierzyna nie chodzila, a miejsca takie jak Wykus i polana Langiewicza zostaly przez nas jakimsc cudem ominiente."

    Z Wąchocka wyjechaliśmy przed 11:00 i mieliśmy postój u Awek (jej babcia zrobiła pyszne ciasto „osie gniazdka”) mieliśmy tam dość długi postój (A byl by dluzszy gdzyby nie wiedzma swietokrzyska-czyt. AWEK- nie kazala im jechac dalej. Gdy wyjechalismy przegnalam ich jeszcze po zabytkowej tamie nad zalewem Mostki) Później pojechaliśmy do „Muzeum Orła Białego” w Skarżysku Kamiennej, potem krótkie wyścigi po piaskach i dojazd do Gospodarstwa państwa Bargiełowskich w Suchedniowie. Wielkie wrażenie wywarł na mnie gospodarz pan Bartek, ma chyba wszystkie możliwe kursy związane z końmi i wiele ciekawych kaset o metodzie Natral, a do tego jest niebywałą osobowością. Oboje gospodarze bardzo mili i gościnni. Z Suchedniowa natomiast wyjechaliśmy o 10.10 jechaliśmy (znowu ja: Jechalismy przez Michniow, ktory to zostal spacyfikowany przez niemcow . Spalili w stodole zywcem cala wies, lacznie z kilkumiesiecznymi dziecmi, kobietami ciezarnymi i starcami
    ) i jechaliśmy i postanowiliśmy objechać prywatną drogę łąką, niestety ale okazała się że jak na nieszczęście ta łąka to były bagna. 5 koni przeszło ale jeden skręcił w głębsze błotko po czym się przewrócił. Po ściągnięciu z niego siodła i nabraniu przez konika sił udało się go wyprowadzić na suchą drogę. Mieliśmy dłuższy postój ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze. I tak po 19-tej trafiliśmy do Cydzyny. W Cydzynie podziwialiśmy Hajlandy Wioli (Roan i Szaron) mama Wioli (bo nocleg był u Niej) przygotowała przepyszne jedzonko. Wieczorkiem poszliśmy na plażową dyskotekę nad zalewem Cydzyna. Rano zjedliśmy śniadanko a potem jeszcze przed wyjazdem zostaliśmy poczęstowani rosołkiem. Ewa wykąpała koniki i tak wyjechaliśmy o 12:00. po przejechaniu kilku gór o 16:20 dotarliśmy do Kaczyna. Tak Właśnie nasz rajd dobiegł końca. Spakowaliśmy koniki Awek na przyczepę i rozjechaliśmy się samochodami w swoje strony ; (. Dziękuje Awek za konika i wszystkim uczestnikom za miłe towarzystwo, ale przede wszystkim dziękuje poczciwej Belli że niosła mnie tyle kilometrów na swym grzbiecie. Rajd ten to najlepsze chwile moich wakacji. Wszystkim polecam takie rajdy i turystykę konną.

    [ Add: Pią Wrz 03, 2004 5:47 pm ]

    Bieszczady przestają być dzikie



    Kto przez kilka, kilkanaście lat nie był w Bieszczadach, dziś już mógłby ich nie poznać
    Choć połoniny stoją tam, gdzie stały, a Jezioro Solińskie i San wciąż wdzierają się w lesiste, górskie zbocza - legendarne Bieszczady, coraz bardziej popularne wśród turystów, nie są już dobrym pomysłem na chwilową ucieczkę od cywilizacji.

    Pustkowia, trudne do przejścia lasy, dzikie zwierzęta. Szlaki, na których można nie spotkać żywego ducha. Knajpy, które lepiej omijać z daleka. Nadal w Bieszczadach są takie miejsca, ale coraz ich mniej i coraz trudniej je znaleźć. Rozrastają się za to rejony przemysłu turystycznego: tłoczne, gwarne i coraz głębiej sięgające do naszych kieszeni. Polańczyk, Solina i Cisna to dziś kurorty, gdzie tłok jest porównywalny do tego, który latem można spotkać w modnych nadmorskich miejscowościach.



    Coraz częściej głusza "Biesów" ustępuje przed najazdem turystów. Okolice Otrytu, Tworylnego, Mucznego i Moczarnego, stają się powoli tylko wyspami dzikości. W ostatnich kilku latach liczba turystów wzrosła ponad dwukrotnie. Rekordy bije Solina, gdzie wybiera się półtora miliona wczasowiczów, to trzy razy więcej niż jeszcze siedem lat temu.

    W Cisnej turystów przybywa ponoć szybciej niż w Zakopanem. W zamieszkiwanej przez 1600 osób gminie (obejmującej także coraz modniejszą Wetlinę), jest dwa razy więcej miejsc noclegowych. Od 2000 roku przybyło ich tu prawie trzykrotnie. Potroiła się też liczba turystów zatrzymujących się tu na co najmniej jeden nocleg. Bieszczady pocięte zostały nowymi drogami, a domostwa ludzkie też są już inne - obok ekskluzywnych willi, odciętych od świata wysokim murem, wyrosło sporo otwartych na turystów luksusowych gospodarstw eko- i agroturystycznych.

    Diabły, diabliki i czarty

    A jeszcze kilkanaście lat temu Wetlina, Cisna, ale i Solina były zapyziałymi bieszczadzkimi dziurami, gdzie nic się nie działo. Z nielicznymi, pamiętającymi głęboką komunę ośrodkami wypoczynkowymi, źle wyposażonymi polami namiotowymi i zakazanymi knajpami. Żyło się z rolnictwa, z tego, co znalazło się w lesie i co zarobiło się na wyrębie drzew.

    To atmosfera z "Siekierezady" Edwarda Stachury i rodzimych westernów z lat 50. i 60. przyciągała w te okolice niespokojne duchy, uciekinierów od cywilizacji i komuny czy zbuntowanych artystów, szukających tu wolności, męskiej przygody i romantyzmu. W dzikie Bieszczady przybywali kiedyś turyści z Nowej Zelandii, Japonii, Kanady. Zachwycał się nimi sir Hillary, zdobywca Mt. Everestu. Naukowcy mieszkali w namiotach, podobnie jak ich koledzy, penetrujący kanadyjską tajgę czy tropikalne puszcze Amazonii.

    - Niewiele już dziś jest tu miejsca dla ekscentrycznych twórców i poszukiwaczy przygód - mówi Renata Szczepańska, wójt Cisnej. Ale sporo po nich jeszcze śladów w Bieszczadach. Żeby przeżyć, rzeźbili diabły, diabliki i czarty. Zakapiorzy, jak ich nazywano, stali się legendą dla kolejnych pokoleń. W bieszczadzkich knajpach można obejrzeć portrety i pamiątki po Zdzichu Rodosie - Królu Gór, po Majstrze Biedzie, Jędrku Połoninie.

    W Chmielu można zaś obejrzeć żywego Prezesa, który ustatkował się, prowadzi gospodarstwo agroturystyczne i małą stadninę koni. Prezes, Ryszard Krzeszewski rodem z Łodzi, do ściągnięcia chętnych do konnych przejażdżek wykorzystuje legendę własną i dawnych kolegów, ale przede wszystkim legendę dzikich gór. Takich z pozostałościami dawnych wsi i osad. Z odnajdowanymi wśród opuszczonych domów i cmentarzy śladami krwawej historii. I duchami, upiorami tych ziem.

    Na Bieszczadach da się zarabiać, pod jednym wszakże warunkiem: ich legenda wciąż musi trwać. Wiedzą o tym inni prowadzący knajpy, pensjonaty i gospodarstwa agroturystyczne. Ich właściciele stylizują się na bieszczadzkich włóczęgów, otaczają się bieszczadzkimi przedmiotami, rzeźbami i malunkami.

    Ruch w interesie

    Zdaniem Międzynarodowej Organizacji Turystycznej, to jeden z najbardziej atrakcyjnych regionów Europy. Tyle że jak przyznają w bieszczadzkich urzędach, nadal mało kto poza Polską o tym wie. Na szczęście dla mieszkańców, w kraju moda na ten region nie słabnie. Także wśród tych, którzy chcieliby się z nim związać na stałe. Ziemia jest coraz droższa. Kupują ją biznesmeni, politycy, artyści i oczywiście ci, którzy chcieliby się tu przenieść z wielkich metropolii.

    Ruch w interesie widać gołym okiem. Tu nowy dom, tam remontowany stary, tu pensjonat albo po prostu pokoje do wynajęcia. Na niezłych Bieszczadzkich drogach widać coraz lepsze samochody. Także te z miejscową rejestracją.

    - Turyści to tutaj towar bardzo poszukiwany i wyczekiwany - mówi Zbigniew Przytulski z Bieszczadzkiego Stowarzyszenia Ekoturystycznego.

    Dawni mieszkańcy Bieszczad, i ci mieszkający tu od niedawna, potrzebują turystów jak kania dżdżu. Jest więcej, ale - jak wzdychają miejscowi, mogłoby być ich jeszcze więcej. Bo Bieszczady jeszcze odczuwają poważny kryzys z lat 90. Zlikwidowano wtedy nierentowne PGR-y, których tu było ponad 50., potem ich los podzielił koncern Igloopol. Upadły dwa największe zakłady przemysłowe - kombinaty drzewne w Rzepedzi i Ustianowej. Bezrobocie wciąż jest spore, choć mniejsze niż jeszcze kilka lat temu.

    - Sezon wydłużają wypady weekendowe - zwraca uwagę Zbigniew Przytulski. - Przyjeżdżają tu ci, którzy mają najbliżej, przede wszystkim mieszkańcy podkarpackiego, głównie Rzeszowa, i lubelskiego.

    Bieszczady nie są górami, jak w latach 70. i 80., gdzie można było uciec przed życiem czy nawet prawem, albo po prostu codziennymi miejskimi problemami. Dziś, żeby tu się przenieść, trzeba mieć pomysł lub pieniądze. A najlepiej i pomysł, i pieniądze.

    Żeby wrócili

    Historia życia wielu nowych bieszczadników zaczyna się podobnie: najpierw uciekali w Bieszczady z wielkich miast na wakacje i wagary. Potem znajdowali dla siebie w Bieszczadach przystanek na zawsze. Tak było z Hanną i Wojciechem Grzaneckimi, którzy do Polany przenieśli się kilka lat temu z Warszawy.

    Wyremontowali stary dom, tradycję połączyli z ekologią: ogrzewanie mają gazowe, sortują śmieci, założyli przydomową oczyszczalnię ścieków.

    Kilka pokoi udostępnili turystom. Mają swoich stałych klientów, także z zagranicy, których wyższa niż gdzie indziej w okolicy cena noclegu nie odstrasza.

    - Ale u nas poznają prawdziwe Bieszczady, te bardziej dzikie. Mogą usłyszeć wilka, zobaczyć ślady niedźwiedzia. Przeżyć prawdziwą bieszczadzką przygodę - mówi Wojciech Grzanecki.

    Grzaneccy otworzyli też niedawno herbaciarnię artystyczną w Cisnej. Przenieśli ją z pobliskiego Leska, gdzie pomysł nie wypalił. Turyści na ogół Lesko omijają, a miejscowi nie mieli chęci picia herbaty i słuchania organizowanych tu koncertów i spotkań z artystami. W Cisnej interes kręci się nieźle, choć - oczywiście - mógłby jeszcze lepiej.

    W Bieszczady nie przyjeżdżają już tacy turyści jak kiedyś.

    - Turystyka plecakowa jest na wymarciu - mówi Zbigniew Przytulski z Bieszczadzkiego Stowarzyszenia Ekoturystycznego. - Młodzież nie chce już spędzać, jak kiedyś, wakacji pod namiotem. Ciągnie ich do innej formy aktywności, do sportów ekstremalnych, jazdy samochodami terenowymi.

    Żeby goście, szczególnie ci spragnieni emocji, nie wyjeżdżali stąd znudzeni i chcieli tu jeszcze wrócić, trzeba im zaoferować dodatkowe atrakcje. W Bieszczadach można się wyszaleć po wertepach samochodem terenowym, na quadach i zaliczyć turlanie w zorbie, czyli wielkiej sferycznej kuli. Można też pojeździć na hucułach. Już nie tylko Bieszczadzki Park Narodowy, ale i wiele prywatnych osób i firm organizuje naukę jazdy i rajdy konne po górach. Prawdziwą przygodę proponuje firma Dzika Przyroda - nocny rajd przez rwące strumienie i urwiska w poszukiwaniu żerowisk wilków.

    Sporo pomysłów mają ludzie skupieni w Fundacji Bieszczadzkiej "Partnerstwo dla Środowiska" z siedzibą w Lesku (kiedyś spotykali się w herbaciarni u Grzaneckich).

    - Kilka lat temu zaczęliśmy budować koalicję lokalną na rzecz zrównoważonego rozwoju regionu, promować produkt lokalny - mówi Przemysław Ołdakowski, szef Fundacji. Wytyczyli około 1000 km szlaku rowerowego, przy którym powstały garncarnia, tkalnia i pracownia bibułkarska, odrestaurowano starą kuźnię.

    To se ne vrati

    Mieszkańcy Cisnej chętnie widzieliby u siebie wielokrotnie więcej przyjezdnych. To z myślą o nich wyremontowano 20 km drogi łączącej Cisną z Soliną i Polańczykiem. Ale wójt Renata Szczepańska już oczami wyobraźni widzi tu przejście samochodowe.

    - To dla nas szczególnie ważne, bo ożywi region - mówi pani wójt. Podobnie, jak na stokach pobliskiego Jasła widzi stację narciarską. To pomysł, który ma jednak nikłe szanse na realizację, choć przedłużyłby sezon turystyczny w okolicy poza wiosnę i lato.

    Zagorzałych miłośników regionu takie pomysły nie cieszą. Widać to na internetowych forach. Tam woleliby Bieszczady jak drzewiej bywało. Puste, dzikie, dostępne tylko dla nielicznych i wtajemniczonych. Pomysł na to, jak zachować przyrodę, ale jednocześnie zarobić na turystach, mają w fundacji "Partnerstwo dla Środowiska".

    Otóż nie trzeba ściągać więcej turystów, wystarczą ci, którzy już są. Ale niech zostawią więcej pieniędzy. Zamiast tworzyć byle jakie pokoje dla przybyszów po wiejskich domach, warto zaoferować usługi lepsze, o wyższym standardzie, lecz droższe. Wtedy i miejscowi (no, przynajmniej niektórzy) będą mieli dochody, i przyroda mniej ucierpi.

    Góry dzikie, dostępne tylko dla wtajemniczonych... To marzenie przede wszystkim tych, którzy wpadają tu na chwilę, na wakacje i chcieliby, jak kiedyś, przeżyć w dziczy przygodę. "Jednak to se ne vrati" - podsumował dyskusję na internetowym forum jeden z internautów. Wmawianie ludziom dziś, że mityczne Bieszczady to najdzikszy z najdzikszych zakątków Europy, to coraz bardziej tylko marketingowe mydlenie oczu.

    Że w Bieszczadach "to se ne vrati", przekonały niedawne remonty wielu tutejszych dróg. Wyremontowano, po raz pierwszy od wielu, wielu lat m.in. mało uczęszczaną szosę z Berehów do Dwernika i Smolnika. A to już stałych bywalców mogło wprawić w prawdziwe zdumienie.

    Wykłady

    Obóz wędrowny pieszy górski
    Wędrując po górach należy przestrzegać następujących zasad uprawiania i bezpieczeństwa:
    Zasady uprawiania
    1. Pobyt w górach rozpoczynać należy od czynnej adaptacji do warunków klima¬tycznych. W warunkach krajowych dla mieszkańców nizin w zależności od ich zdrowia i wysokości gór trwać ona powinna od 2 do 6 dni. Lekceważenie tej zasady może doprowadzić do zaburzeń funkcjonowania układu krążenia i oddechowego oraz innych dolegliwości.
    2. Obóz powinien być poprzedzony odpowiednią zaprawą marszową - cykl przygotowań do obozu powinien obejmować również tzw. przygotowanie kon¬dycyjne i techniczne.
    3. Wybierając się w góry należy w miejscu zamieszkania dokładnie określić trasę wycieczki i termin powrotu; podczas wędrówki należy odnotowywać wszel¬kie zmiany w trasie oraz miejsca postoju.
    4. Po szlaku należy maszerować rzędem z wyraźnym określeniem miejsc poszcze¬gólnych uczestników - topograf i szef grupy idą na czele wraz z uczestnikami mniej sprawnymi, podczas gdy na końcu grupy idą sanitariusz i sprzętowy.
    5. Przy pokonywaniu odcinków eksponowanych i trudnych technicznie należy przydzielić osobom słabszym fizycznie i psychicznie partnerów posiadających większe doświadczenie. W tym przypadku na początku grupy podążają do¬świadczeni turyści w celu pokazania sposobu przejścia przez trudny teren.
    6. Pod górę należy iść wolnym marszowym krokiem, a w razie potrzeby należy
    zarządzić odpoczynek dla wyrównania oddechu.
    7. Po każdej godzinie marszu (w zależności od samopoczucia grupy) stosować
    przerwy. W przypadku pokonania trudnego odcinka należy zarządzić krótki
    odpoczynek dla wyrównania oddechu.
    8. Ekwipunek turysty powinien być dostosowany do zmiennych warunków po¬
    godowych - w góry należy również zabrać specjalne obuwie dostosowane do
    chodzenia po drogach często usłanych odłamkami skał, śliskich i mokrych.
    9. Do marszu pod górę należy ubrać się lżej, a sznurowanie butów nieco rozluźnić.
    10. Nie należy wyruszać w góry samotnie, jeżeli turysta jest niedoświadczony, w przypadku zorganizowanych grup turystycznych liczących powyżej 10 uczestników, udających się w góry o wysokości powyżej 1000 m n.p.m., za¬leca się korzystanie z usług przewodnika z uprawnieniami na dany teren. Jest to nieodzowny warunek w przypadku wycieczek szkolnych.
    11. Nie należy schodzić z wytyczonych szlaków, w szczególności nie chodzić "na skróty" oraz nie wchodzić na płaty starego śniegu.
    12. Wędrówkę należy skrócić lub przerwać z chwilą pogorszenia się warunków pogodowych lub narastającego zmęczenia - nie należy wychodzić na szlak podczas ulewy, burzy, zamieci, mgły, oblodzenia lub wichury. W upalne dni między godziną 1100 a 1400 zalecany jest wypoczynek.
    13. Nie wolno wchodzić na szlak objęty okresowym zagrożeniem lawinowym lub zamkniętym z innych względów (decyzja GOPR).
    14. Wędrując po szlaku nie należy strącać odłamów skalnych, rzucać nimi lub od¬łupywać od skał.
    15. Nie wolno chodzić po polach narciarskich, trasach zjazdowych i szlakach prze¬widzianych dla uprawiania turystyki narciarskiej; miejsca te są wyłączone dla wędrówki pieszej ze względu na bezpieczeństwo zarówno narciarzy, jaki wę¬drujących.¬
    16. Dla potrzeb turystyki zimowej trudne pod względem orientacji, a często od¬wiedzane, niezalesione odcinki szlaku oznakowane są za pomocą wbijanych w śnieg tyczek.
    17. Nie zaleca się wchodzenia do grot nie udostępnionych turystom.
    18. Turysta wędrujący po terenie górskim powinien być wyposażony w sprzęt umożliwiający biwak w razie niepogody, mgły czy też nastania ciemności.
    19. Na wysokogórskim szlaku turystycznym, wiodącym po terenie eksponowanym, należy poruszać się ze szczególną ostrożnością. przestrzegając w razie potrzeby zasady trzech punktów oparcia - w każdej chwili na stopniu czy chwycie po¬winny znajdować się trzy kończyny, a czwarta szuka następnego chwytu.
    20. W przypadku nadciągania burzy należy szybko opuścić szczyty wzniesień, odłożyć daleko przedmioty metalowe, nie stawać w płytkich niszach skalnych lub pod drzewami. Jeśli decydujemy się na biwak w takich warunkach, należy usiąść w pozycji skulonej, najlepiej na plecaku (bez stelaża metalowego), przy¬kryć się nieprzemakalną płachtą lub płaszczem i nie opierać się o skały.
    21. W czasie mgły lub przy niskim pułapie chmur, jak również przy bezchmurnym niebie mogą na terenach eksponowanych (granie, szczyty gór) wystąpić wyła¬dowania elektryczne bez udziału zjawisk burzowych. Oznakami tego zjawiska są ukłucia w koniuszki uszu lub nosa, brzęczenie w uszach, a nocą iskrzenie występujące na metalowych przedmiotach. Należy wówczas opuścić partie szczytowe gór.
    22. W przypadku dłuższego pogorszenia się pogody należy rozważyć możliwość. skrócenia czasu pobytu w górach. Jeżeli podjęta została decyzja o kontynuowa¬niu wędrówki, należy wzmóc czujność i przestrzegać wszelkich koniecznych środk6w bezpieczeństwa.'
    23. Należy stosować się do norm i odległości dziennych etapów marszu.

    TURYSTYKA JEŹDZIECKA

    Bez konia losy człowieka potoczyłyby się inaczej - mówią znawcy dziejów. Coś w tym musi być, skoro turystyka jeździecka jest jedyną dyscypliną turystyki kwalifikowanej, w której główną rolę odgrywają dwie istoty żywe - człowiek i koń.
    Funkcja konia w historii człowieka zmieniała się. Pomagał zaspo¬koić głód, pokonywać olbrzymie odległości, zdawał egzamin jako siła pociągowa, był partnerem w polowaniach, w wojsku i w sporcie, Igrzysk Olimpijskich nie wyłączając. Stał się także wdzięcznym tema¬tem pisarzy, malarzy, rzeźbiarzy.

    1. WARUNKI UPRAWIANIA TURYSTYKI JEŹDZIECKIEJ W POLSCE

    Współcześnie turystyka konna jest coraz popularniejszą formą ak¬tywnego wypoczynku w każdej porze roku, zwłaszcza na terenach nie¬zabudowanych. Stwarza możliwości kontaktu z przyrodą, powodowa¬nia i opanowania konia, zaspokaja chęć sprawdzenia siebie, podniesie¬nie sprawności fizycznej, poznania czegoś nowego, przyjemności, roz¬rywki, a czasami i poprawy zdrowia. Niektórzy traktują tę turystykę jako drogę poznania innych ludzi, przeżycia silnych emocji.
    Już Hipokrates, który żył około 460-377 przed naszą erą, zwany ojcem medycyny oceniał jazdę wierzchem jako wartościową formę gimnastyki, stymulującą organizm i łagodzącą schorzenia. Dzisiaj wia¬domo, że wpływa ona pozytywnie na wady postawy, zaburzenia ru¬chu i równowagi, niedorozwój kończyn, stany po chorobie Heine¬ Medina, jako metoda usprawniania dzieci upośledzonych ruchowo. Hipoterapia także w Polsce zdobyła sobie prawo obywatelstwa.
    Tradycje i współczesne zainteresowania składają się na fakt istnie¬nia w naszym kraju ponad 1100 placówek zajmujących się hodowlą koni, rekreacją i turystyką konną. 20% z nich należy do Polskiego Związku Jeździeckiego, Polskiego Związku Hodowców Koni, Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa, Polskiego Związku Hipoterapii. Pozostałe - prywatne - to stadniny koni, kluby i ośrodki jeździeckie, farmy agroturystyczne. W paru miastach - jak Warszawie i Wrocławiu - istnieją tory wyścigów konnych.
    Polska ma dobre warunki dla rozwoju turystyki konnej. Ma fachow¬ców, którzy sami kiedyś uprawiali sport jeździecki, zajmowali się ho¬dowlą koni i nie rzadko ich ujeżdżaniem. Ma wspomniane już hodow¬le. Istnieje też rozwinięte rzemiosło zapewniające "rzędy końskie" ¬siodła, uzdy itd., a także specjalne ubiory dla jeźdźców. Produkcja akcesoriów jeździeckich nie jest może taka, jak np. w Niemczech lub Wielkiej Brytanii, ale także ma szanse rozwoju.
    Przed kilkudziesięciu laty grupy studenckie podróżowały po kraju wozami zaprzężonymi w konie. W szeregu ośrodkach wypoczynko¬wych organizowano przejażdżki bryczkami. Odbywały się pogonie za lisem, wielodniowe rajdy, obozy a nawet wczasy jeździeckie. Imprez tego rodzaju jest teraz coraz więcej. Od wielu lat popularne są pod¬zamkowe turnieje rycerskie jak w Golubiu-Dobrzyniu, konne impre¬zy na orientację, w zimie kuligi.
    Polski Związek Jeździecki zajmuje się sportem jeździeckim w róż¬nych jego formach, już od 1928 roku. Turystykę jeździecką objęło swoimi strukturami Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze przed kilkunastu laty. W 1996 r. utworzono Komisję Turystyki Jeździeckiej Zarządu Głównego PTTK z dwoma podkomisjami – nizinną i górską. Ustanowiono odznaki turystyki jeździeckiej. Wytyczono i ozna¬kowano szlaki, w tym Transjurajski Szlak Konny od Stadniny Koni Huculskich w Nielepicach pod Krakowem do Ośrodka Turystyki Jeździeckiej Ogniska TKKF "Pegaz" w Częstochowie. Szlak ten umożli¬wia poznanie'przez sześć dni pięknych krajobrazów" "Orlich Gniazd" z zamkiem w Ogrodzieńcu oraz Pustyni Błędowskiej.
    Istnieje też 600 kilometrowy Szlak Transbeskidzki z możliwościami nocowania po drodze. Przybywa obszarów zagospodarowanych dla potrzeb turystyki jeździeckiej, co razem Z zapleczem materialnym i organizacyjnym pozwoliło Polskiej Organizacji Turystyki na promo¬wanie w świecie urlopów "w siodle" w Polsce, jako jednej z najwięk¬szych atrakcji polskiej gospodarki turystycznej.
    Ośrodki jeździeckie w Polsce oferują, zwłaszcza w sezonie letnim, między innymi: naukę jazdy konnej- indywidualnie i w grupach, jazdy konne dla zaawansowanych w plenerze, naukę skoków przez przeszkody, jazdy treningowe po okolicy, rajdy z noclegami w leśni¬czówkach, naukę powożenia zaprzęgiem parokonnym, przejażdżki powozami i bryczkami, kuligi i jazdy na nartach za koniem, a często także kolonie, obozy młodzieżowe i "wczasy w siodle".

    2. KONIE I AKCESORIA

    Na świecie istnieje ponad 150 ras koni. Za podstawową uznany jest koń arabski, należący do grupy gorącokrwistych. Konie te, hodowane w Polsce, są w świecie znane i cenione.
    Rozróżnia się m.in. konie czystej krwi arabskiej (wzrost 144-150 cm), półkrwi arabskiej 060-165 cm), angloarabskie (160-163 cm), peł¬nej krwi angielskiej (ok. 165 cm), mustangi 035-150 cm, najczęściej wykorzystywane do jazdy wierzchem), a głównie dla dzieci - kuc walijski (122-132 cm) i kuc kaspijski (110-120 cm).
    Barwę sierści końskiej nazywa się umaszczeniem. I tak konie są siwe (sierść biała), kare (czarne), gniade (brunatne), bułane (żółtobrą¬zowe z czarną grzywą, ogonem i kończynami aż do stawów skoko¬wych), myszate (popielate), kasztanowe (brązowo - żółte), dereszo¬wate (białe mieszane) i srokate (płaty białe i o innym umaszczeniu).
    Współczesne konie są na ogół, w wyniku zabiegów hodowlanych, w tym lepszej paszy, silniejsze i szybsze niż ich przodkowie.
    W klubach i ośrodkach sportowych można nauczyć się obchodze¬nia z końmi, siodłania, czyszczenia, jazdy poczynając od ćwiczeń na lonży (długa lina używana do trenowania konia) - jazdy stępem, kłu¬sem za koniem czołowym, zatrzymania i zmiany kierunku galopowania, jazdy terenowej z instruktorem, pokonywania przeszkód.
    Obcowanie z koniem wymaga własnej dyscypliny i życzliwości dla współpracującego zwierzęcia. Nie jest ono instrumentem. Stąd często można spotkać się ze zdaniem: „konno jeździć może nauczyć się każ¬dy, ale jazda w harmonii z koniem jest sztuką”.
    Jeździec powinien zaprzyjaźnić się z koniem, wówczas będzie mógł nim skuteczniej kierować, pozna lepiej jego reakcje na bodźce stoso¬wane przez jeźdźca. Warto wiedzieć, czy koń dobrze wypoczął przed jazdą, bo zmęczony może odmówić posłuszeństwa, a nawet - co się zdarza - niespodziewanie zrzucić jeźdźca.
    W jeździectwie nie ma więcej kontuzji niż w innych dyscyplinach turystyki kwalifikowanej. Ale wybierając się na kurs nauki jazdy bądź na dłuższy rajd warto ubezpieczyć się.
    W grupowej jeździe konnej obowiązują podobne zasady jak w in¬nych dyscyplinach turystyki kwalifikowanej - przy prowadzącym gru¬pę jedzie najsłabszy jeździec.
    Zmiany chodu także następują w uzgodnieniu - ze stępa w galop i kłus lub odwrotnie. ¬
    Po zakończeniu jazdy warto konia nagrodzić. Jak? Najlepiej zapytać prowadzącego, by nie postąpić wbrew przyjętym w ośrodku lub klu¬bie zwyczajom.
    Jazda konna wymaga dużej liczby akcesoriów. Najważniejszy jest „rząd koński" czyli siodło, uzda i części pomocnicze.

    TURYSTYKA MOTOROWODNA

    Turystyka motorowodna jest częścią turystyki wodnej, śródlądowej i morskiej. Entuzjaści tej turystyki pływają na łodziach z silnikami wbudowanymi i przyczepnymi jako główną siłą napędową oraz na kajakach, łodziach wiosłowych i żaglowych, w których silnik przy¬czepny stanowi napęd pomocniczy.

    UPRAWNIENIA

    Pływanie na jednostkach z motorem wymaga posiadania odpowied¬nich uprawnień. Uzyskanie tych uprawnień wymaga odpowiednich umiejętności, potwierdzonych nadaniem -patentu motorowodnego, a mianowicie:
    1) sternika motorowodnego,
    2) starszego sternika motorowodnego,
    3) morskiego sternika motorowodnego,
    4) kapitana motorowodnego,
    5) motorzysty motorowodnego,
    6) mechanika,mot9rowodnego.
    Patent sternika motorowodnego uprawnia do prowadzenia jachtów motorowodnych z silnikiem o pojemności do 1.000 cm3 po wodach śródlądowych bez ograniczeń, jednakże po osiągnięciu 16 roku życia pod nadzorem i za zgodą rodziców lub opiekunów prawnych. Wa¬runkiem uzyskania patentu sternika motorowodnego jest ukoń¬czenie 12 roku życia i kursu szkoleniowego. Patent starszego sterni¬ka motorowodnego wymaga ukończenia 18 roku życia, posiadania patentu sternika motorowodnego co najmniej przez 1 rok, zaliczenie stażu 200 godzin pływania albo odbycie kursu szkoleniowego.

    TURYSTYKA ŻEGLARSKA

    Żeglowanie jest rzeczą konieczną - miał powiedzieć Pompejusz w początkach naszej ery. Żeglowano jednak już 3500 lat wcześniej w północnej części Oceanu Indyjskiego i na wodach chińskich. Jeżeli weźmie się pod uwagę, że żeglarstwo upra¬wia się, na sprzęcie o napędzie żaglowym, to przekazy historyczne udowadniają jego bardzo długie dzieje.
    Narodziny nowoczesnego żeglarstwa wiążą się z rokiem 1601, w którym Holender Hemy de Voogt samotnie pożeglował z Vlissin¬gen w Holandii do Londynu. Wyprawa tak się Anglikom spodobała, że w 1661 r. zorganizowali na Tamizie pierwsze regaty żeglarskie i przystąpili do rozbudowy swojej floty morskiej, która panowała na morzach do wybuchu I wojny światowej.
    Kroniki wymieniają jeszcze rok 1718, w którym car Piotr Wielki utworzył Piotrogrodzie flotyllę jachtów. Pierwszy klub żeglarski za¬łożono jednak w Irlandii. Natomiast pierwszy związek żeglarski po¬wstał już w Anglii w 1875 r. Za sportową dyscyplinę olimpijską uzna¬no żeglarstwo w 1896r. międzynarodowy Związek Żeglarstwa Rega¬towego powstał w Londynie w 1907 roku.
    W Polsce żeglarstwo handlowe rodziło się na Wiśle i w jej delcie w końcu XVI wieku. Pierwszy polski jacht - Franciszka S. Potockiego - pojawił się na Wiśle w połowie XVIII w. Amatorów żeglarstwa przy¬bywało. Żeglował m.in. ks. J. Poniatowski, ks. Lubomirscy, w 1825 r. A. Mickiewicz z Odessy na Krym, a 11 lat później J. Słowacki z Otran¬to na wyspę Korfu itd. Polacy żeglowali i żeglują po wszystkich oce¬anach i morzach. Pierwsze sekcje żeglarskie powstały w Polsce w 1919 roku przy klubach wioślarskich i drużynach/hufcach harcer¬skich. Pierwsze kluby założono w 1922 r. w Chojnicach i w Gdańsku. Samodzielny Związek Żeglarski powołano do życia w 1924 roku.
    Żeglarstwo dzieli się na morskie (wielkie - na dalekich morzach i oceanach oraz małe - bliskiego zasięgu) przybrzeżne w pasie do 20 mil morskich od brzegu i śródlądowe (zalewowe, rzeczne i jezioro¬we), żeglarstwo lodowe, żeglarstwo deskowe, żaglowozy lub wia¬trowozy - lekkie trzykołowe konstrukcje, osiągające na równej po¬wierzchni przy pomocy żagla duże szybkości, coraz popularniejsze od połowy XX w.).
    Obecnie żeglarstwo sportowo-wyczynowe zwiększając stopień trud¬ności różnego rodzaju rejsów i regat, w tym dookoła świata, szuka nowych wyzwań. Żeglarstwo rekreacyjne, turystyczne natomiast sku¬pia pod żaglami coraz więcej ludzi na całej kuli ziemskiej.

    Umiejętności

    ¬ Po ukończeniu dwunastego roku życia i ukończeniu kursu szkole¬niowego uzyskuję się patent żeglarza jachtowego. Można wówczas prowadzić jachty o powierzchni ożaglowania piętnastu metrów kwadratowych w porze dziennej i pod nadzorem. Turyści żeglarze nie posiadający podstawowych uprawnień żeglarskich mogą brać udział w rejsach jako członkowie załogi bez prawa obsługiwania jachtu. ¬
    Łódź żaglową o powierzchni żagla powyżej dwudziestu metrów kwadratowych prowadzić powinien sternik jachtowy, posiadający przygotowanie do samodzielnego prowadzenia wszelkich jachtów na: śródlądowych drogach wodnych. ¬
    Stopnie te zdobyć można na kursach szkolenia żeglarskiego Pol¬skiego Towarzystwa Turystyczno Krajoznawczego, Polskiego Związ¬ku Żeglarskiego lub w klubach żeglarskich.
    Turyści żeglarze muszą respektować przepisy żeglugi.

    PATENTY ŻEGLARSKIE

    Stopnie żeglarskie są następujące:
    1) Żeglarz jachtowy.
    2) Sternik jachtowy.
    3) Jachtowy sternik morski.
    4) Żeglarz lodowy.
    5) Sternik lodowy.

    Stopnie instruktorskie:
    1) Młodszy instruktor żeglarstwa,
    2) Instruktor żeglarstwa.
    Warunkiem dopuszczenia do egzaminu na stopień żeglarza jachtowego jest ukończenie 12 roku życia oraz odbycie kursu szkolenio¬wego. Patent żeglarza jachtowego uprawnia do prowadzenia jachtów żaglowych niezatapialnych, w regatach i na treningach pod nadzorem po wodach morskich.
    Sternik jachtowy by uzyskać dany patent musi ukończyć 16-sty rok życia i posiadać patent żeglarza jachtowego, albo ukończyć 18-sty¬ rok życia i kurs szkoleniowy oraz odbyć co najmniej 2 rejsy po wodach morskich w czasie co najmniej 200 godzin.

    TURYSTYKA SPELEOLOGICZNA

    Jaskinie, naturalne wnętrza w skalach pierwsze odkryły zwierzęta i wykorzystały jako schronienie. Po nich przyszli ludzie pierwotni, wśród których nie brakowało artystów rysujących swoje wizje człowieka i zwierzęcia. Z czasem jaskinie zainteresowały górników i zbójników, a także poszukiwaczy skarbów. Naukowe badania jaskiń rozpoczęto w XVII wieku, m.in. W Górach Dynarskich na Półwyspie Bałkańskim.
    Za "ojca" speleologii naukowej i zarazem sportowej uchodzi Fran¬cuz Edward Alfred Martel, który w 1888 r. przeszedł pierwszy Jaskinię Bramabiau we Francji, a później spenetrował wiele innych jaskiń eu¬ropejskich i azjatyckich. Pierwsze stowarzyszenie speleologiczne za¬łożono w Austrii w 1879 r., które wkrótce połączyło się z triesteńską sekcję klubu alpinistycznego. Pierwszy Międzynarodowy Kongres Spe¬leologiczny odbył się w Paryżu w 1953 r. Działalność klubów spele¬ologicznych w różnych krajach koordynuje od 1965 r. Międzynarodo¬wa Federacja Speleologiczna.
    Za pioniera polskiej turystyki jaskiniowej uchodzi poeta Seweryn Goszczyński, który w 1832 r. zwiedził Jaskinię Wodną pod Pisaną w Dolinie Kościeliskiej w Tatrach. Później sportowy kierunek pozna¬wania jaskiń (używając m.in. sprzętu wspinaczkowego) rozwijali Ma¬riusz Zaruski r bracia Tadeusz i Stefan - Zwolińscy, odkrywając z bie¬giem lat 70 jaskiń tatrzańskich. Pierwszy Klub Speleologiczny, zwany Kółkiem Grotołazów, powstał w Zakopanem w 1923 r., a w tym sa¬mym mieście w 1951 r. Koło Jaskinioznawcze PTTK.
    Taternictwo jaskiniowe, zwane gdzie indziej alpinizmem podziem¬nym, koncentruje się współcześnie w Polskim Związku Alpinizmu, powstałym w 1974 r.
    Speleologia sportowa, zachowując więź z naukowo-badawczą, roz¬winęła się po II wojnie światowej. Położyła ona nacisk na styl akcji w jaskiniach, współzawodnictwo w zakresie postępu eksploracji, cza¬su przejść, biwakowania pod ziemią itd. W ślad za nią rozwinęła się speleologia turystyczna, przede wszystkim jako forma zwiedzania ja¬skiń.
    W Polsce odkryto dotychczas ponad 1000 jaskiń różnej wielkości, z których ponad połowa znajduje się w paśmie skałek wapiennych Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Pozostałe jaskinie są w Tatrach (po¬nad 400), Beskidach, Sudetach, Niecce Nidziańskiej. Szczególnie cen¬na jest Grota Kryształowa w Wieliczce uznana za osobliwość przy¬rodniczą o światowym znaczeniu, ale nie jest dostępna do powszechnego zwiedzania.
    Jaskinie w Tatrach polskich mają korytarze o łącznej długości 57 km. 14 jaskiń ma powyżej 1000 m, a 13 jest głębokich-na ponad 100 m. Do największych jaskiń w Polsce należy Wielka Jaskinia Śnież¬na w Grupie Czerwonych Wierchów w Tatrach. Ma 22 km długości i 800 m różnicy wzniesień.
    Polskie jaskinie można podzielić na dwie grupy:
    - jaskinie turystyczne przygotowane do ruchu turystycznego, oświe¬tlone, z wygodnymi ścieżkami; w naszym kraju za najatrakcyjniej¬sze uchodzą Mroźna w Tatrach, Niedźwiedzia w Masywie Śnieżnika i Raj w Górach Świętokrzyskich; zwiedza się je z przewodnikiem;
    - jaskinie turystyczno-speleologiczne, które można zwiedzać tylko pod opieką przewodnika-speleologa i po spełnieniu określonych wy¬magań, co jest trudniejsze, ale i bardziej interesujące, bo poznaje się jaskinię, grotę, taką jaka jest ona na co dzień.
    W eksploracji jaskiń turystyczno-speleologicznych istnieją pewne ograniczenia i niedogodności. Zalicza się do nich głównie:
    - brak dostępności dla osób niepełnosprawnych,
    - nie wszystkie jaskinie można zwiedzać w okresie zimowym,
    - istnieją jaskinie, które latem są niedostępne ze względu na przenikanie wody w głąb skał i zatapianie niektórych korytarzy,
    - ograniczona pojemność i przepustowość wielu tras. .
    Uczestnicy eksploracji muszą sprostać pewnym wymaganiom, któ¬re nie są konieczne w przypadku oglądania udostępnionych jaskiń turystycznych. Najważniejszym jest brak klaustrofobii czyli lęku przed ciasnymi, zamkniętymi pomieszczeniami. Jest to warunek niezbędny, gdyż w jaskini trzeba przeciskać się wąskimi szczelinami i czołgać w ciasnych korytarzykach.
    Uprawnienie speleologii wymaga ukończenia szkolenia taternictwa jaskiniowego. W kursie może wziąć udział każdy mający ukończone 18 lat i dobry stan zdrowia. Musi podpisać oświadczenie, że zna niebezpieczeństwa, które mogą zaistnieć w trakcie zajęć w terenie.

    KARTA TATERNlKA JASKINIOWEGO
    Osoby, które pomyślnie ukończyły wszystkie etapy szkolenia mogą przystąpić do egzaminu końcowego nazywanego egzaminem na kar¬tę taternika. Zdawany jest on przed komisją środowiskową. Spraw¬dzana jest na nim wiedza teoretyczna i praktyczna ze wszystkich etapów szkolenia.
    Karta taternika jaskiniowego uprawnia do:
    1) wspinania się w rejonach skałkowych i wysokogórskich bez ograniczeń,
    2) wspinania się- w jaskiniach bez ograniczeń,
    3) kierowania zgrupowaniami wspinaczkowymi i jaskiniowymi poza rejonami wysokogórskimi.
    Obok karty taternika jaskiniowego jest możliwość uzyskania wyższego stopnia, czyli karty zwyczajnego taternika jaskiniowego. Wa¬runkiem uzyskania tej kwalifikacji jest:
    - ukończenie'21 roku życia,
    - posiadanie karty taternika jaskiniowego przez co najmniej 3 lata,
    - udział w co najmniej 30 przejściach jaskiniowych latem oraz w 20 przejściach jaskiniowych zimą, w tym co najmniej 2 wyprawach ja¬skiniowych w rejony wysokogórskie.
    Karta zwyczajnego taternika jaskiniowego uprawnia do:
    1) wspinania się w rejonach skałkowych i wysokogórskich bez ogra¬niczeń,
    2) wspinania się w jaskiniach bez ograniczeń
    3) kierowania zgrupowania i wyprawami jaskiniowymi bez ograniczeń;
    4) kierowania zgrupowaniami wspinaczkowymi na terenie Tatr.

    TURYSTYKA MOTOROWA

    Zorganizowana turystyka motorowa w Polsce powstała w ostatnich latach XIX wieku. W 1897 roku zorganizowano pierwsze wycieczki samochodowe po Polsce. Do tworzenia organizacji skupiającej auto¬mobilistów przystąpiono w 1907 r. pod zaborem rosyjskim. Jej statut został zatwierdzony w 1909 r., a organizacja przyjęła nazwę Towarzy¬stwa Automobilistów Królestwa Polskiego. W 1918 r., po odrodzeniu państwa polskiego Towarzystwo przekształciło się w Automobil-Klub Polski, w którym w 1926 r. utworzono sekcję turystyki.
    W 1925 r. powstała druga organizacja zrzeszająca automobilistów¬ Polski Touring Klub, zajmujący się prawie. wyłącznie turystyką moto¬rową. Współpracował on ściśle z Polskim Towarzystwem Krajoznaw¬czym i Polskim Towarzystwem Tatrzańskim. Niezależnie od tych orga¬nizacji zajmujących się wyłącznie lub częściowo turystyką motorową w 1926 r. powstał Polski Związek Motocyklowy.
    Działalność tych organizacji reaktywowanych po wojnie została sca¬lona w 1950 r. przez utworzenie jednej organizacji - Polskiego Związ¬ku Motorowego, który organizuje również turystykę motorową.
    Turystyka motorowa jest atrakcyjną formą wypoczynku'. Turyści motorowi dysponując szybkimi środkami lokomocji mają możliwość zwiedzenia w ciągu tego samego czasu znacznie więcej niż uczestnicy pozostałych form turystyki.
    Turystyka motorowa może być uprawiana przez cały rok. Najwięk¬szy ruch wycieczkowy występuje w okresie letnich urlopów, wakacji oraz wolnych sobót, niedziel i innych dni świątecznych.
    Turystykę motorową połączoną z możliwością uzyskiwania odzna¬ki PTTK mogą uprawiać osoby towarzyszące już od 12 roku życia. Samodzielne uprawianie turystyki motorowej i uzyskiwanie odznak przysługuje osobom, które ukończyły 18 rok życia i posiadają prawo jazdy na samochód czy motocykl. W turystyce motorowej nie ma ograni¬czeń górnej granicy wiekowej. W turystyce motorowej nie bez zna¬czenia jest odpowiedni wybór pory dnia na jazdę, zwiedzanie obiek¬tów krajoznawczych, spacer czy wycieczki piesze. Wprawny turysta motorowy planuje jazdę o porze najmniejszego nasilenia ruchu na drogach, wykorzystując godziny największego nasłonecznienia na zwie¬dzanie obiektów turystycznych i kąpiele słoneczne lub inną formę wypoczynku. ¬
    Niektórzy turyści zmotoryzowani chętnie biorą udział w imprezach organizowanych przez PITK, PZMot, LOK czy inne stowarzyszenia. Inni opracowują samodzielnie lub przy pomocy informatorów "it" własne trasy, posługując się przewodnikami, folderami i mapami ko¬munikacyjnymi czy atlasami samochodowymi.
    Turystyka motorowa poza znajomością zasad i przepisów ruchu drogowego wymaga odpowiedniej kultury i poszanowania nakazów dotyczących ochrony środowiska. Nie należy na przykład biwakować w miejscach do tego nie przeznaczonych. Nie można myć pojazdów w rzeczkach, strumieniach, jeziorze, stawie lub bezpośrednio nad nimi.
    Turystyka motorowa organizowana przez PZMot i PTIK jest w za¬łożeni.! turystyką krajoznawczą. Samochód, motocykl i motorower służą jako środek umożliwiający poznanie kraju. W turystyce motorowej zwraca się także wielką uwagę na sprawność jazdy i stan techniczny pojazdu.
    Turystyka motorową jak żadna inna stworzyła ludziom niepełno¬sprawnym możliwość uczestniczenia w turystyce zarówno jako kie¬rowcy jaki pasażera. Dzięki niej mogą brać udział w życiu milionów ludzi którzy przynajmniej raz w roku są turystami. Zdaniem fachow¬ców turystyka motorowa jest elementem rehabilitacji osób niepełno¬sprawnych, a jej celem przywrócenie maksymalnej możliwej sprawności fizycznej, umysłowej, psychicznej, społecznej i zawodowej, w tym przystosowanie do normalnego życia. W PZMot w Głównej Komisji Sportów Popularnych i Turystyki działa Zespół do spraw Zmo¬toryzowanych Niepełnosprawnych.
    Motoryzacja w ogóle umożliwia uczestnictwo w turystyce niewy¬obrażalnym jeszcze pół wieku temu setkom milionów ludzi na świe¬cie. Właściciel pojazdu motorowego korzysta ze stale powiększającej się sieci dróg i towarzyszących tej sieci hoteli, moteli, restauracji róż¬nych kategorii. Turysta zmotoryzowany dociera do pomników kultury od regionalnej do światowej, kąpie się w akwenie oddalonym od miejsca zamieszkania o dziesiątki kilometrów bierze udział w atrak¬cyjnych imprezach bez pojazdu motorowego nieosiągalnych, poznaje wielu nowych ludzi, co jest największą zdobyczą współczesnej turystyki.
    Dzięki motoryzacji coraz powszechniej staje się kontakt czło¬wieka ze środowiskiem i zrozumienie, że to naturalne środowisko trzeba we własnym interesie ochraniać.
    Szczególną zdobyczą milionów ludzi, i to nie tylko mało zamożnych jest turystyka kempingowa, a w połączeniu pojazdem motorowym – karawaningowi.
    Wszyscy uczestnicy wędrówki powinni mieć uprawnienia do kierowania motocyklem. Nie ma wówczas ścisłego podziału na kierowców i pasażerów, co pozwala na lepszy podział funkcji w gru¬pie, równomierne obciążenie niezbędnymi zadaniami oraz na lepszą realizację programu krajoznawczego imprezy.

    Nie trzeba wyprzedzać się wzajemnie bez potrzeby ani też urzą¬dzać wyścigów. Nie należy wyruszać w drogę podczas deszczu i silnej mgły. Podczas jazdy wystarczy jedna przerwa na wypoczynek; dobrze jest jednak zaplanować kilka przerw, które zostaną przeznaczone nie tylko na wypoczynek, ale i na zwiedzanie. Jazda przez miasta i osied¬la wymaga formowania zwartej kolumny. Nie, należy wędrować po zachodzie słońca. Przed każdym kolejnym etapem wycieczki powinien być zbadany stan techniczny pojazdu i wykonane niezbędne naprawy.
    Realizacja programu wypoczynkowego i poznawczego wymaga częstego przeplatania jazdy na motocyklu pieszymi wycieczkami po okolicy, grami sportowymi, a także, jeśli w pobliżu znajduje się woda - kąpielami i pływaniem.
    Jazda w górach motocyklem obciążonym bagażem turystycznym wymaga dokładnego przestrzegania 6 wymienionych niżej zasad.
    1. Wzniesienia krótkie, bez zakrętów, pokonywać można z rozpędu.
    2. Na wzniesieniach długich, pełnych zakrętów, dobrać już u podnóża wzniesienia właściwy bieg, a w przypadku konieczności dokonywa¬nia dalszych zmian redukcyjnych, czynić je szybko i sprawnie.
    3. W przypadku konieczności zatrzymania pojazdu natychmiast sprowadzić motocykl na pobocze.
    4. Przestrzegać nadzwyczaj skrupulatnie zasady - prawym skrajem drogi.
    5. Śledzić bacznie pracę silnika, aby nie dopuścić do jego prze¬grzania.
    6. Zjeżdżając z pochyłości hamować silnikiem, nigdy nie stosując jazdy "na luzie" ani nie przerywając pracy silnika.
    Podczas jazdy zwartą kolumną zaleca się przestrzegać 7 poniższych zasad.
    1. Jako pierwszy jedzie pojazd kierownika wycieczki, następnie po¬jazdy technicznie słabsze lub prowadzone przez mniej doświad¬czonych kierowców. Jako ostatni porusza się pojazd opiekuna tech¬nicznego. Ustalona kolejność pojazdów powinna być przez cały czas zachowana.
    2. Tempo jazdy powinno być z góry omówione, dostosowane do możliwości najsłabszego pojazdu.
    3. Przy ruszaniu kolumny z miejsca kierownik powoli osiąga ustaloną szybkość, bacząc przy tym, czy wszystkie pojazdy nadążają.
    4. Pojazdy jadą bezpośrednio jeden za drugim, przestrzegając bez¬piecznej odległości między sobą.
    5. W czasie jazdy dopuszczalne jest rozczłonkowanie kolumny, ale jedynie w takim stopniu, aby utrzymać łączność wzrokową. W ra¬zie jej zerwania kierownik zatrzymuje kolumnę i zjeżdża na prawe pobocze drogi w taki sposób, aby było także miejsce dla pozostałych pojazdów, stojących za nim. Należy unikać stawania przed pojazdem kierownika wycieczki.
    6. Podczas jazdy zwartą kolumną kierownik powinien pamiętać o ro¬bieniu krótkich postojów nie rzadziej niż co 1,5 h.
    7. Przed wyruszeniem na trasę należy omówić sposób podawania od tyłu w stronę kierownika sygnału zatrzymania się.
    Duża szybkość, jaką osiągają turyści motorowi na swoich pojazdach, stwarza niebezpieczeństwo wypadku, któremu ulec może za¬równo motocyklista, jak i osoba postronna, poszkodowana wskutek nieostrożności kierującego motocyklem.
    W gazach spalinowych występuje tlenek węgla w ilości od 1 do 11 %. Turyści uprawiający turystykę motorową narażeni są na zatrucia organizmu tym gazem. Turystyki motocyklowej nie zaleca się więc młodzieży, która nie ukończyła 16 roku życia. Z uwagi na bezpieczeństwo turystów zaleca się przestrzeganie 4 niżej wymienionych zasad.

    1. Podczas deszczu, we mgle i po zmierzchu jechać ze zdwojoną ostroż¬nością.
    2. Przed wyruszeniem na szlak skontrolować stan ogumienia, poziom oleju, sprawność oświetlenia oraz hamulców.
    3. Dostosować technikę jazdy do stanu obciążenia motocykla bagażem.
    4. Nie przekraczać szybkości bezpiecznej, dostosowanej do sprawno¬ści pojazdu, terenu i sprawności kierowcy.
    Przeciwskazaniem do uprawiania turystyki motocyklowej jest krótkowzroczność oraz daltonizm. Również przytępienie słuchu eliminuje z grona uprawiających ten rodzaj turystyki, podobnie jak przewlekłe schorzenia błędnika.
    Organizowanie imprez turystyki motorowej wymaga przestrze¬gania ściśle określonych, specyficznych dla turystyki motocyklowej reguł.
    Impreza powinna posiadać regulamin określający jej cel, czas trwa¬nia, program i warunki uczestnictwa, system zgłoszeń, koszty. Ściśle sprecyzowane powinny być takie elementy imprezy, jak miejsce star¬tu, trasa i meta zjazdu lub rajdu, system punktacji i klasyfikacji uczest¬ników indywidualnych, zespołów lub reprezentacji, sposoby uzyski¬wania punktów do odznaki, nagród lub wyróżnień.

    www.auschwitz-oswiecim.pl/forum/

    Cytat:Czy lokalizacja firmy chemicznej w Oświęcimiu była zła? Wypromowana na cały świat. Jestem przekonany, że te osoby do końca życia będą potrafiły podać lokalizację jednej z polskich firm chemicznych mimo iż nigdy nie miały nic wspólnego z przemysłem chemicznym.



    Ta fabryka jest w zasadzie poza miastem Oświęcim, to DWORY, MONOWICE, nawet Włosienica, Stawy Monowskie. O ZCHO już się nie martwię, bo po dłuuuuugim zastoju jest masę pomysłów w realizacji na zagospodarowanie terenu. Jednak zauważ JEDNO, już nie ma dynamiki w inwestycjach w cieżką syntezę chemii, w ciężki przemysł, gdzie idą pomysły...? W hurtownie, drobne pomysły. Taki wybrano kierunek. Stopniowo wyburza się niemieckie i bierutowskie budynki, nawet z ery Gomułki. Ta fabryka teren jest BARDZO DALEKO od obu Muzeów i Żydzi mają tylko interes w tym żeby nie powstała tu "nowa huta", głośny, uciążliwy przemysł itd Hurtownie i MSP może być. Nie protestuję, bo co to da? Miejsca pracy będą, ale że za 700-1000zł? Trudno, dla bezrobotnych od wielu lat to i tak ratunek, zmiana w życiu.

    Cytat:Popatrzmy na sprawy turystyki miasta Oświęcim jak na zwykły biznes. Bo nikt nie zaprzeczy że jest to biznes. Aby wygrać na rynku, należy użyć najmocniejszych swoich atutów. Zaniedbanie sprawy muzeum i próba walki innymi atutami miasta mogę spokojnie porównać do pójścia na wojne z nożami mając w zapleczu karabiny. Stosując to porównanie Oświęcim ma w obwodzie działa wielkiej mocy potrafiące dosięgnąć celu w każdy miejscu naszego globu.



    Tu się świetnie rozumiemy zdaje sie.
    Kupiłeś tą książkę? Można kupić PDF, waham się czy warte to jest 15zł bodajże. Bez jej lektury trudno będzie ocenić dobrze trafnie jej przesłanie. Obawiam się że jest bliskie linii MDSM, blisko tych co chcą nie tyle sprawić żeby lud powiatu zarabiał na gościach, turystach, pielgrzymach (trudno nazwać inaczej byłych wieźniów, ich rodziny itd) a podejść ideowo do tego. Ja buntuję się przeciw temu, mając obiekt UNESCO nie zarabiać na tym milionów to SZOK Jak to możliwe że powiat ma tak mało noclegów, że na wsiach nie ma smażalni ryb, wędzalni mimo że wszędzie pełno ryb. Trzeba dobrze sie naszukać żeby kupić słynnego wędzonego karpia, zjeść rybę poza gminą Zator.

    Powiem Ci czemu 50 lat nie wymyślono tego co my dwaj w lot rozumiemy.
    Oświęcim, klucz jest w elitach Oświęcimia, które chcą sobie zawłaszczyć cały ruch turystyczny usiłując go OD PÓŁ WIEKU zamknąć w granicach miasta Oświęcim. Czy owe elity wyobrażają sobie że Żydzi i nie tylko Żydzi będą jeść miejscowe przysmaki w godzinę po obejrzeniu tych strasznych miejsc? Czy elity Oświęcimia kolejne 50 lat będą się łudzić, że wycieczki będą zamawiały po 6 noclegów żeby dokładnie zwiedzać miasto i Muzea? Owszem, jeżeli np MDSM organizuje coś dla młodzieży to zlot trwa może i tydzień, ale ile dni nocuje przeciętny turysta w Oświęcimiu? Dobre pytanie.

    Teraz pomysł.
    Nie bez powodu namawiam gminę ziemską Oświęcim i Chełmek na sojusz w ramach regionu i koncepcji DOLINA KARPIA. Chciałbym zbudować taki duet - Oświęcim z Muzeami i DOLINA KARPIA w której się nocuje, wypoczywa, spożywa, gdzie są rozrywki, stadniny, kąpieliska. Tygodniowe pobyty z bogatym programem turystycznym. Oświęcim na tym i tak zarobi swoje, bo jest co zwiedzać zarówno na trasach "holokastu", jak i historycznych, współczesna oferta kulturalno-rozrywkowo-sportowa. Nie mamy np w DOLINIE KARPIA MOSiRu, ale mamy jeden atut - jesteśmy daleko od drutów obozów!

    Cała koncepcja turystyki w powiecie MUSI być zbudowana na DOLINIE KARPIA! Mówię to z żarliwością i zamierzam pomóc dostać się do rady powiatu ludziom, którzy będą tę ideę wspierać, jeszcze nie wiem, ale zdaje się Pan Mariusz Makuch wiceburmistrz Zatora miał kandydować, to byłby ważny człowiek w radzie, zapewniam. Bardzo MEDIALNY www.zator.iap.pl dużo jest tam wycinków prasowych. Z tym człowiekiem można współpracować, bo jest żywo tym zainteresowany. Tak naprawdę obecna rada powiatu TOTALNIE OLAŁA pomysł na region DOLINA KARPIA a sami NIC lepszego nie wymyślili.

    Przecież można oddzielić Inicjatywę LEADER od powiatowego regionu DOLINA KARPIA w postaci związku komunalnego GMIN, federacji organizacji, stowarzyszenia sołectw, osiedli. Mamy średniowieczne tradycje cechów rzemieślniczych, trzeba to rozwijać, jest moda na rzemiosło, to świetna metoda aktywizacji ludzi. Liczy się ręczna robota w UE, przemysłowe wyroby tanieją, nie sposób konkurować w tym segmencie z Chinami choćby, zresztą z nimi nie da się konkurować wcale.

    Moja frustracja częściowo bierze się właśnie z braku pomysłu elit oświęcimia rozwoju oświęcimia, miast w skali całego powiatu. Może wiesz że był pomysł na powołanie LOTu, Lokalnej Organizacji Turystycznej? Umarło... ale może i dobrze, bo na 100% byłby to podmiot promocji Oświęcimia... a nie wszystkich gmin powiatu. To jest egoizm, egocentryzm elit Oświęcimia, które przez 50 lat nie rozwinęli turystycznie całego powiatu. Dlaczego Przeciszów po II wojnie ułożono jako gminę sypialnię m.in pracowników Chełmka? Czemu wzorem setek innych gmin nie realizowano rozwoju "wczasów pod gruszą", rekreacji. Ok, było zatrucie środowiska, ale od dekady ponad jest OK. Wcześniej można było stawiać choćby na wędkarstwo, przetwórstwo ryb drobne, gastronomię. Jeszcze za czasów GS mogła powstać karczma rybna, żydowska czy jakaś.

    To wsie powiatu mogą stanowić siłę napędową gospodarki turystycznej powiatu. Tu mogą nocować ludzie, nawet tydzień i zwiedzać nie tylko Oświęcim, ale i całą okolicę. Fundamentem muszą być noclegi poza miastem Oświęcim. Nie wierzę że Oświęcim może stać się Krakowem pod kątem ilości noclegów, knajpek. Próbowaliście 50 lat... nie udało się, zatem pora na opracowanie powiatowego planu rozwoju turystyki na nowych zasadach. DOLINA KARPIA - Księstwo Zatorskie, Ksiestwo Oświęcimsko Zatorskie - to są pomysły w które już wpisuje się świetnie bractwo Posłanników Chorsa z banerem mi tu bezlitośnie migoczącym czy Rycerze XIII wieku z Oświęcimia. Należy instytucjonalnie pomóc powstawać takim kolejnym bractwom, niech się rozwijają nie tylko pod kątem wyposażenia, umiejętności walenia sobie po łbach toporami bojowymi - powinni mieć wizję na różnorodną ofertę, obsługę imprez biznesowych, targów. To niesłychana atrakcja, ożywi każdy rynek, zamek, festiwal, imprezy. Latem powinni być wręcz na etacie miast.

    Trzeba w naszym powiecie czerpać wzorce z Krakowa. Myślę że lepiej zorganizowanego miasta pod każdym kątem nie ma. Wzorujmy się na zaradności Zakopiańczyków i innych miejscach gdzie na turystach, gościach spoza powiatu zarabia się. Ja widzę pusty rynek w Oświęcimiu, smutnych ludzi... i klimat EMIGRACYJNY wśród młodych ludzi.

    Cytat:Turyści nie przyjadą do Oświęcimia tylko dlatego, że jest tam stary zamek, piękna przyroda czy karpie w odległości 10km od miasta. Prawda brutalna, ale prawda. Mamy w Obozie niesamowity potencjał i 90% działań pro-rozwojowych (turystyki) powinno się opierać o muzeum i równie ważna sprawa - należy zachęcać turystów do zostania przynajmniej na jedną noc w mieście - poprzez dodatkowe atrakcje



    I wyszło szydło z worka.
    Wpisujesz się w nurt elit Oświęcimia, którzy 50 lat próbują zrobić to o czym mówisz, CZEGO NIE DA SIĘ ZROBIĆ, bo żadne atrakcje nie zmuszą do JEDNEGO nawet noclegu zwykłych gości. Kto w Oświęcimiu nocuje? Sportowcy, młodzież wokół MDSM, pielgrzymi którzy opłakują bliskich i wiesz gdzie mają atrakcje? Nie powiem... Mylisz się. Dolina Karpia którą między wierszami wyśmiewasz, słowem wieśniacy w kilka lat będą mieli więcej noclegów niż miasta zachodniej części powiatu oświęcimskiego, może wtedy zmienisz zdanie. DOLINA KARPIA nie pobije Oświęcimia liczbą przyjeżdżających, ale liczbą noclegów w 2-3 lata.

    Trzeba sprawić żeby ludzie przyjeżdżali poznać powiat oświęcimski i Muzea w Oświęcimiu, rozumiecie? Taka kolejność, duet. Wiadomo że "polskie obozy w Oświęcimiu" (google namierzy ten zwrot i będzie więcej wejść do forum) zawsze będą dla wielu żelaznym punktem, ale zapominasz że wielu Polaków juz ma to za sobą! Mieszkańcy Śląska, Małopolski jeżdżą sobie i zwiedzają, łowią ryby. Masz nikłe pojęcie o gospodarce turystycznej, jeszcze mizerniejsze niż ja Mamy blisko 5 mln ludzi i to jest nasz podstawowy TARGET na rekreację-turystykę poza Muzeami.

    Jak można się łudzić że Żydzi, goście będą chcieli nocować w Oświęcimiu, nigdy nie wygramy z Krakowem w kategorii MIASTA. Knajpki na styl krakowski w Oświęcimiu bez lepszej komunikacji publicznej też nie będą zasilane np ludźmi z wiosek spod Beskidu Małego czy Przeciszowa. W weekend bez samochodu ruszyć się gdzieś to masakra.

    Cytat:Mamy w Obozie niesamowity potencjał i 90% działań pro-rozwojowych (turystyki) powinno się opierać o muzeum


    Po tym zdaniu już nie głosowałbym na Ciebie do rady powiatu i gminy Chełmek bo nawet o SWOJEJ GMINIE zapomniałeś... martw się o Chełmek, macie atrakcje u siebie? Porządne lokale, rozrywki, ofertę dla gości, zróżnicowane noclegi pod każdą kieszeń? Gdzie porządny hotel dla ludu z górnej półki? Myślisz że tacy nie zwiedzają Muzeum? Muszą wrócić do Krakowa, bo zbyt dobrych hoteli nawet Oświęcim nie ma, a co dopiero cały powiat... Otóż ja uważam że 90% środków powiatowych ma iść na powiat, a 10% na okołomuzealne. To zadania obu gmin oświęcimskich, a nie starostwa, nie organizacji które mają rozwijać powiat, np agencje rozwoju, CBMZ i co tam jeszcze jest, bo zdaje się sklonowali się na dwie agencje, tak?

    Czemu uważasz że zrobienie cyrku z Holokaustu może zbawić powiat?

    Czemu nie DOLINA KARPIA?

    Inne regiony nie mają Muzeum, a jakoś dochody większe niż Chełmek czy Przeciszów, a Chełmek z wikipedii to mam, ma dochód...

    Cytat:Według danych z roku 20026, średni dochód na mieszkańca wynosił 1293,67 zł.



    A teraz gmina ziemska Oświęcim.
    Cytat:Według danych z roku 20026, średni dochód na mieszkańca wynosił 1376,53 zł.



    A przecież tam jest właśnie BRZEZINKA.
    Paweł myślisz szablonowo o Oświęcimiu, przyszłość jest w śmielszych wizjach rozwoju powiatu. Coś czego nie było, Przeciszów ma pierwszy nocleg agroturystyczny połączony z gospodarstwem ekologicznym w sołectwie Piotrowice. Takie jaskółki wiosny nie czynią, ale liczę że nowe władze skończą ze statusem Przeciszowa jako gminy sypialni, bo ludzie do pracy dojeżdżają po 50-60 i więcej kilometrów. Potrzebne miejsca pracy jeżeli nie w gminie Przeciszów, to w POWIECIE chociaż! Nie jest to roszczenie Paweł, przecież jako rolnik nie ściągnę inwestora, zatem nie wyśmiewaj, rola samorządów jest teraz niesłychanie ważna. To nie lata 80te...

    Cytat:Najważniejsze: żeby przyjechali, drugie w kolejności, żeby zostali - sprawa oczywista.


    Oni przyjeżdżają Paweł, ale nie żeby nocować, jeść, bawić się, kupować, ale żeby zwiedzać Oświęcim. 2-3 godziny i powrót do Krakowa. Kiedy to zrozumiecie? Dobry przewodnik siłą zmusza jeszcze do szybkiego zwiedzania Oświęcimia, ale pewnie rzadko namówi na obiad w Oświęicimiu... a nocleg? hahahaah Czemu tak uparcie mieszkaniec Chełmka optuje za noclegami z widokiem na DRUTY OBOZÓW? Czemu nie w Chełmku? Czemu nie w Bobrku, czemu nie w Przeciszowie, Zatorze, Polance Wielkiej, Osieku, Kętach, Brzeszczach? Czemu nie w Waszych lasach? Taka sztuka wybudować leśną osadę turystyczno-noclegową z setkami miejsc różnego standardu? Albo kilka takich miejsc z różnym pomysłem pod różne gusta? Miejce sami wybierzecie.. to ruszy rozwój agroturystyki, kwater prywatnych w całej gminie Chełmek, a nawet szerzej.

    Po tym tylko reklama, promocja już od dworca w Krakowie, lotniska, nawet zagranicą. Jeszcze coś. Czemu Oświęcim traci znaczenie węzła regionalnego, czemu dworce PKP i PKS i BUSY nie stworzą systemu podobnego do dworca regionalnego w Krakowie?

    Czemu Oświęcim nie jest stacją DOCELOWĄ dla pociągów z całej Europy? Owszem docelową, ale z przedłużeniem na Kraków czy Katowice w zależności od tego skąd jadą. Czemu nie ma do nas jak do Zakopanego autokarów PKS z Warszawy, z wszystkich dużych miast Polski i nie tylko? Moim zdaniem to wszystko wygląda na świadomą niegospodarność władz Oświęcimia i starostwa. Oświęcim to nie jest cały powiat, to 1/4 ludności powiatu. Zakończę stwierdzeniem iż jest nadal skotniałe myślenie o naszym powiecie, musi minąć chyba kolejne 50 lat żeby cos się mogło zmienić na LEPSZE.

    Młodym pozostaje emigracja, albo praca za 600-1000zł.

    Wszystko o Farmutilu i Henryku Stokłosie

    tekst z Gazeta.pl
    http://serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,2961367.html

    Krajobraz po klęsce Stokłosy
    Piotr Bojarski 10-10-2005, ostatnia aktualizacja 10-10-2005 18:16

    - To sukces, który spowoduje lawinę - prorokują jedni po wyborczej klęsce Henryka Stokłosy. - Nie wszedł do Senatu, ale i tak da sobie radę. Ma pieniądze, więc ma wszystko - studzą ich inni

    Wieść uderzyła w gminę Kaczory jak grom z jasnego nieba: wieczny senator pożegnał się z Senatem! W niedzielnych wyborach parlamentarnych Henryk Stokłosa - od szesnastu lat murowany bezpartyjny kandydat do izby wyższej, na którego jeszcze w 2001 r. głosowało 113 tys. wyborców - dostał zaledwie 38 tys. głosów i zajął dopiero szóste miejsce w okręgu pilskim. Senatorami zostali Mieczysław Augustyn z PO i Janusz Kubiak z LPR.

    Stokłosa po raz pierwszy stracił prymat nawet w swojej gminie Kaczory, w której w poprzednich wyborach deklasował konkurentów. Tym razem minimalnie (1493:1430 głosów) wyprzedziła go liderka ekologów Irena Sienkiewicz (lista Jednomandatowych Okręgów Wyborczych). W samych Kaczorach wypadł gorzej - poparło go ledwie 320 wyborców; Irenę Sienkiewicz - aż 811.

    - Kiedy to usłyszałem, prawie popłakałem się ze szczęścia - opowiada Zbigniew Toporowicz, weterynarz z Zelgniewa, którego Stokłosa próbował usunąć z mieszkania. - Dosyć tego! Nie jestem przeciwko Stokłosie i jego zakładom, tylko przeciwko jego metodom. Był senatorem, miał immunitet, więc czuł się bezkarny. Był udzielnym księciem. Aroganckim i tak pewnym sukcesu, że nie szukał z ludźmi kompromisu. I to go zgubiło.

    Pan i władca

    Mięsny magnat Henryk Stokłosa to właściciel prawdziwego latyfundium w gminie Kaczory koło Piły - ma 16 tys. hektarów ziemi, zakłady - m.in. w Koziegłowach i Śmiłowie - Eko-Młyn w Wałczu, gorzelnie, kilkanaście ferm trzody chlewnej, bydła i drobiu. W Śmiłowie stoją dwa zakłady utylizacji odpadów zwierzęcych - jeden postawiony niedawno, drugi w modernizacji. W okolicy śmierdzi na potęgę, a ludzie coraz częściej chorują. Według danych medycznych, do których dotarli ekolodzy, liczba zachorowań na nowotwory w gminie wzrosła w latach 2001-2003 o 177 proc., a na choroby układu krążenia - o ponad 200 proc.

    Stokłosa zasiadał w Senacie od 1989 r. Był wtedy jedynym senatorem spoza "Solidarności". Interes rozkręcił już w drugiej połowie lat 80., a dzięki licznym kontaktom z przedstawicielami władzy i własnej rzutkości stał się na początku III RP największym pracodawcą w rejonie (dziś w jego zakładach pracuje blisko 7 tys. osób). To dało mu w 1989 r. mandat senatora.

    Od lat Stokłosa kontrolował wszystko, co działo się w gminie Kaczory. Wójt gminy Brunon Wolski to jego znajomy jeszcze z lat 80., bywa na każdych imieninach Henryka Stokłosy. Wielu radnych gminy - rolników i drobnych prywaciarzy - pracuje dla Farmutilu. Porządku w radzie pilnuje syn Stokłosy - również radny gminy Kaczory.

    Kiełbasa wyborcza, upominki dla emerytów

    Były senator słynął z patentu na wychowywanie elektoratu - dla mieszkańców gminy Kaczory organizował przed wyborami imprezy ludowe z darmową kiełbasą i piwem. W rejonie, w którym bezrobocie mocno przekracza 20 proc., taka rozrywka to kąsek nie do pogardzenia. Na imprezy senatora zjeżdżali wyborcy z okolicznych gmin, a także miejscowi notable, by zademonstrować lojalność wobec Stokłosy. Elektorat widział, kogo kocha władza - i wyciągał wnioski podczas wyborów.

    Stokłosa twórczo rozwinął swój patent. Przed ostatnimi wyborami do zakładów Farmutil na koszt senatora zjeżdżały z odległych zakątków jego okręgu wyborczego autobusy pełne emerytów i sportowców. Po zwiedzeniu firmy zachwyceni goście częstowani byli darmowym posiłkiem, a na koniec czekały na nich upominki: wyroby Farmutilu. Senator fundował też szkolne wyprawki dzieciom z okolicznych gmin.

    Fama o ,,ludzkim" senatorze przez lata niosła się po północnej Wielkopolsce dzięki należącym do Stokłosy mediom - Radiu Sto i "Tygodnikowi Nowemu". Dziennikarze Stokłosy nagłaśniali najdrobniejszy sukces senatora i dezawuowali stawiane mu przez - nielicznych - przeciwników zarzuty. A jednak w tym roku Stokłosie nie pomógł ani ,,ciepły" plakat z hasłem: ,,Senator z sercem", ani festyny, ani turystyczna promocja Farmutilu czy kampania w "Tygodniku Nowym". Dlaczego?

    My tam nic nie wiemy

    Bar Na Rogu w Śmiłowie (tu Stokłosa wygrał - dostał 614 głosów, Sienkiewicz - 261). Wszyscy wokół mówią, że powstał z inicjatywy byłego senatora, by wykończyć istniejący obok od lat bar U Doroty, którego właścicielka - Dorota Pawłowska - popadła w niełaskę, gdy powiedziała mediom, że w Śmiłowie ,,wszystko śmierdzi".

    Ceny w Na Rogu dają do myślenia: duże piwo 1,50, a za złotówkę można kupić ,,zestaw": grubą parówkę z musztardą i bułką. Mięso jest tańsze od herbaty, za którą trzeba zapłacić 1,20.

    Dwie miejscowe emerytki czekają na smażonego kurczaka za 4 zł. Chwalą Stokłosę: - Ma bardzo smaczne wyroby. I dobre ceny

    - Słyszałem w telewizji, że tu u was śmierdzi? - pytam.

    - Nie zawsze. Ale za te zapachy to chociaż tanie wędliny mamy. A Stokłosa to dobry człowiek jest. Tylu ludzi u niego pracuje, a jak on wszystkim pomaga!

    - Podobno nie dostał się do Senatu?

    - My tam nic nie wiemy - kobiety nagle nabierają wody w usta.

    Nareszcie ludzie zobaczyli

    Krótko po godz. 15 szosą od Farmutilu idą do Na Rogu grupki pracowników Stokłosy. Od razu zamawiają piwo, niektórzy kieliszek czegoś mocniejszego.

    O wyborach rozmawiać nie chcą. Szybko wskakują do podstawionego autobusu.

    - To są biedni, poszkodowani ludzie. Chyba nigdy sami za siebie mówić nie będą, bo się boją - komentuje Krystyna Lemanowicz, działaczka pilskiego Ruchu Przeciw Bezradności Społecznej działającego pod patronatem Rzecznika Praw Obywatelskich.

    Ruch nawiązał kontakt z pracownikami Farmutilu, dzięki czemu ekologom udało się latem nagłośnić sprawę należącej do Stokłosy działki nr 85. Mimo trudności, jakie robił senator (nie wpuścił kontrolerów, a gdy przybyli ponownie, pole było już zaorane i polane gnojówką), kontrola inspektorów ochrony środowiska i weterynarzy oficjalnie potwierdziła, że na terenie zakładu zakopano w ostatnich latach padlinę - bez zezwolenia. Senator po raz pierwszy popadł w tarapaty.

    W kraju zrobiło się o nim głośno wiosną ub. roku, gdy na prowadzącej do zakładu drodze jego ludzie zatrzymali ekipę TVP i nie chcieli jej wypuścić. Znalazł się wtedy w niemal wszystkich ogólnopolskich mediach.

    - I dobrze, bo na ekranie telewizora ludzie nareszcie zobaczyli, jak prostacki i chamski potrafi być ich senator - komentuje Hubert Karolczak, właściciel gospodarstwa agroturystycznego ,Złoty Lin w Śmiłowie. Jego zdaniem zatarg z dziennikarzami był początkiem końca mitu niezwyciężonego Stokłosy: - Pogrążyła go arogancja i eskalowanie konfliktów z ludźmi.

    To jest terror

    Społeczny opór Stokłosa po raz pierwszy napotkał w ubiegłym roku, gdy forsował plan budowy nowego zakładu utylizacji odpadów w Śmiłowie (już stoi). Mieszkańców zmobilizowała Irena Sienkiewicz, emerytowana nauczycielka. Gdy za sprawą zakładów senatora sielski krajobraz zaczął śmierdzieć, założyła Stowarzyszenie Przyjaciół Ziemi Nadnoteckiej. Podważała wiarygodność decyzji administracyjnych, wysyłała pisma do wojewody i starosty (w tym roku już ponad trzysta), walczyła o prawa mieszkańców w sądzie.

    - Prawo musi dotyczyć wszystkich! I musi być przestrzegane! Bo jeśli terror oznacza przymuszanie ludzi do czegoś, to my mamy do czynienia z terrorem - mówi z pasją Irena Sienkiewicz.

    Za publiczne zarzucenie senatorowi, że szykanuje osoby przeciwstawiające się jego praktykom, została przez niego pozwana do sądu. Ale nie poddała się. - Władza musi wiedzieć, że mieszkańcy też są gospodarzami terenu. Nie może być tak, że zyski ma tylko właściciel wielkiej firmy, a koszty jego działalności ponosi społeczeństwo - uważa Sienkiewicz. - Pan Stokłosa miał w ubiegłym roku 20 mln zł zysku, a umorzono mu 800 tys. zł podatku. Nam nikt podatków nie umorzy, a wartość naszych posesji dramatycznie spada. Dlaczego umarza się tak wielkie kwoty Stokłosie, zamiast na przykład przeznaczyć je na badania medyczne mieszkańców gminy? - pyta z wyrzutem.

    Sienkiewicz latem zdecydowała się wystartować w wyborach do Senatu. Chciała sprawdzić skalę poparcia. Mandatu nie zdobyła, ale w całym okręgu pilskim dostała tylko 10 tys. głosów mniej niż Stokłosa. Ma satysfakcję: - Wynik Stokłosy świadczy o tym, że ludzie właściwie ocenili jego działalność.

    Uwierzyli w siebie

    Toporowicz: - Działania Stowarzyszenia uświadomiły ludziom, że jednak coś można zrobić.

    Janusz Lemanowicz, mąż Krystyny: - Ludzie uwierzyli w siebie. Dzięki Stowarzyszeniu nareszcie mieli możliwość konfrontacji tego, co mówi Stokłosa, z tym, co się dzieje na polach. Zobaczyli tony mączki kostnej ponad wszelkie normy, bajora ścieków wylewanych na pola.

    Sienkiewicz ma nadzieję, że po klęsce mięsnego magnata władze w końcu się obudzą i będą traktować mieszkańców gminy jak partnerów.

    Od lat Stokłosie sprzyja starosta pilski Leszek Partyka (SLD). Zezwolił na budowę nowego zakładu utylizacji w Farmutilu, a kiedy przeciwnicy budowy zakwestionowali decyzję, nie skorzystał z możliwości zorganizowania rozprawy administracyjnej, która upubliczniłaby argumenty ekologów.

    Może doczekam wyroku

    Stanisław Grabiński i jego żona Ewa od sześciu lat mieszkają w małym, zawilgoconym domku w Brodnej. Nie mają nawet prądu - odcięto im go, bo nie mieli na rachunki. Majątek stracili, gdy przez trzy miesiące oczyszczali swoje pięciohektarowe jezioro ze ścieków, które dostały się do zbiornika z pól Stokłosy. Z powodu skażenia jeziora stracili setki klientów i ryby za 600 tys. zł.

    Dziś żyją za 120 zł miesięcznie z opieki społecznej. Od lat procesują się ze Stokłosą o odszkodowanie. Sąd się nie spieszy.

    - Cieszę się, że Stokłosa przegrał. Myślałem, że znowu przejdzie - mówi Grabiński, ale w jego głosie nie czuć satysfakcji. - Dzięki tym wyborom może zmieni się nastawienie sądów i prokuratury w Chodzieży - mówi.

    Prokuratura już raz umorzyła sprawę zatrucia jeziora i ryb. W uzasadnieniu prokurator napisał o ,,znikomej szkodliwości społecznej" zdarzenia.

    - Teraz Stokłosę przestanie chronić immunitet i może prokuratorzy inaczej będą na niego patrzeć - zastanawia się Grabiński. Spuszcza wzrok: - Moja żona jest poważnie chora. Ja też, lekarz daje mi kilka lat. Nie wiem, czy doczekamy wyroku skazującego Stokłosę.

    Dość tych smrodów

    Kiedy w barze Na Rogu jest tłum, U Doroty ledwie kilku klientów. Mimo to na twarzy Doroty Pawłowskiej maluje się radość: - Z przegranej Stokłosy cieszy się w Śmiłowie kilka osób. Ale tak naprawdę to zadowolonych jest więcej, tylko tego nie okażą. Kto chce pracę stracić? - pyta. - W zakładach jest wielka żałoba. Ponoć ludziom Stokłosa powiedział, że już więcej nic od niego nie dostaną - ani bonów, ani premii.

    Grabiński: - W Śmiłowie prawie wszyscy dla niego pracują, a i tak zagłosowali przeciwko. Społeczeństwo ma dość tych smrodów. I dość jego kłamstw. Źródłem smrodów nie jest tylko padlina - także spalanie tłuszczów w kotłowni albo wywożenie mączki kostnej na pola.

    - Ludzie w Farmutilu boją się, bo od lat im wpajano, że tak długo, jak on będzie senatorem, tak długo ten zakład będzie się rozwijał. Teraz obawiają się o swój byt - ocenia Lemanowicz.

    Ludzie mają jakiś żal

    - Byłem we wsi po zakupy - opowiada Zbigniew Toporowicz z Zelgniewa. - Spojrzenia ludzi powiązanych ze Stokłosą wskazywały, że mają jakiś żal. Euforii nie widać. Ludzie mówią: ,,Nie wszedł, ale i tak da sobie radę. Ma pieniądze, więc ma wszystko".

    Pracownicy Farmutilu boją się zwolnień. Strach padł na nich już wcześniej - gdy okazało się, że wiosną senator złożył w Powiatowym Urzędzie Pracy zgłoszenie zamiaru zwolnienia 400 pracowników. Rzecznik Farmutilu twierdzi, że zwolnień nie będzie, ale informacja o wniosku podziałała na ludzi jak straszak.

    - On się teraz będzie odgrywał - mówi Pawłowska.

    Przed wyborami senator obiecał dyrektorce przedszkola autobus na wycieczkę do Kaliny [mieści się tam Centrum Edukacji Ekologicznej - red.]. Ale już w poniedziałek po wyborach zadzwonili z Farmutilu, że autobusu nie będzie.

    Wójt się kręci

    W Śmiłowie i Kaczorach liczą na rychliwsze sądy i prokuratury. - Nikt z nas nie ma jednak złudzeń, że porażka wyborcza Stokłosy nauczy czegoś wójta Kaczorów. On zawsze szukał kruczków prawnych, by usprawiedliwić działania senatora - mówi Toporowicz.

    Wójt Brunon Wolski od lat utrzymuje bliskie kontakty towarzyskie ze Stokłosą. Przed ostatnimi wyborami samorządowymi senator publicznie poparł wójta. Kiedy mieszkańcy wystosowali do Wolskiego petycję z licznymi zarzutami pod adresem zakładów Stokłosy, w odpowiedzi poradził im: "Jeszcze raz zaufajmy panu senatorowi".

    Sienkiewicz: - Wójt nigdy nie chciał z nami rozmawiać. Jak zrobiliśmy pikietę, to krzyczał, że organizuję to, bo kandyduję w wyborach. A ja się pytam: czy zrobiłam coś niezgodnego z prawem?

    - Mam nadzieję, że za rok mieszkańcy gminy powiedzą wójtowi do widzenia - mówi Pawłowska.

    Wójt nerwowo kręci się w obitym czarnym skajem fotelu. - Ja się nie cieszę z tego, że senator przegrał - mówi. - Gdy gmina miała senatora, to miała prestiż. A teraz nie mamy żadnego parlamentarzysty.

    Wójta o przyszłoroczne wybory samorządowe nawet nie trzeba pytać, bo sam o nich mówi. - Przyszła pora na senatora, to może też przyjdzie na mnie? Ale tego, co zrobiłem dla gminy, a właściwie zrobiliśmy razem, nikt mi nie odbierze.

    - Ludzie mają żal, że popierał pan senatora.

    - Jak mogłem nie popierać pracodawcy, który zatrudnia 700 osób z naszej gminy? Uciążliwe zapachy znikną, gdy pan Stokłosa zakończy modernizację starego zakładu utylizacji.

    - Smrody to nie tylko utylizacja. To także padlina albo mączka kostna na polu.

    - Padlina? Nie mogę się w tej sprawie wypowiadać, od tego są służby specjalistyczne.

    Przebudzenie wyżej

    Pojawiają się pierwsze jaskółki przebudzenia władz. Wojewódzki inspektorat ochrony środowiska nakazał Stokłosie usunąć padlinę z gleby. - Już nie ma tego owijania w bawełnę - cieszy się Lemanowicz.

    Samowolami Stokłosy zainteresował się Rzecznik Praw Obywatelskich - poprosił prokuraturę apelacyjną w Poznaniu o wykaz wszystkich spraw dotyczących byłego senatora.

    - Musi być lepiej! Skończyły się przecież te układy, w Sejmie też rządzi inna opcja. Liczę na to, że wreszcie wróci u nas sprawiedliwość. Że nareszcie obudzi się prokuratura, a policja powie "stop" - mówi Lemanowicz.

    Wszedłem do historii

    Marek Barabasz, rzecznik prasowy Farmutilu, twierdzi, że nic nie wie o planowanych zwolnieniach w firmie. Nie zna również sprawy autobusu, który jego szef przyrzekł przed wyborami przedszkolakom.

    Henryk Stokłosa uważa, że padł ofiarą nagonki. - Po takich atakach mediów, robionych na siłę, mój wynik to nic dziwnego - mówi. - Zdecydowało społeczeństwo. Przyjmuję ten wynik z pokorą. I tak już wszedłem do historii, bo przez 16 lat byłem senatorem. Teraz będę mógł się zająć wyłącznie biznesem.

    Piotr Bojarski