Przykro nam, strona o podanym adresie nie istnieje.

Sprawd, czy wpisae poprawny adres strony, lub skorzystaj z katalogu lub wyszukiwarki.



Copyright 1996 - 2006 Grupa Onet.pl SA - zobacz wszystkie serwisy »

  • Czytasz wiadomości wyszukane dla frazy: agroturystyka Krynica Górska
  • Komunikat ze schronisk

    PIATY MARSZON PRZESZEDL...
    ...do historii. Zobacz: www.marszony.wierch.pl/m15.htm
    --
    GRENLANDIA NA KUDLACZACH
    Zapraszamy na pokaz slajdow: Tomasz Walkiewicz - HiFlyer Polar Ice
    Expedition 2008 - pierwsza polska wyprawa na najwyzszy szczyt Arktyki.
    Schronisko PTTK na Kudlaczach: 11.10.2008 godz. 20.00. Prosimy o
    telefoniczna rezerwacje miejsc: 012-2748995
    --
    CHATAR POSZUKIWANY
    Chatka Pod Potrojna - www.potrojna.com.pl - poszukuje "chatara".
    Zainteresowanych prosimy o kontakt telefoniczny: 501 694158
    --
    Z KRYNICY GORSKIEJ DO MORSKIEJ
    Zapraszamy na rowerowa przejazdzke z Krynicy Gorskiej do Morskiej, w
    miare bocznymi drogami, prowadzacymi mozliwie blisko najkrotszej linii
    laczacej te dwie miejscowosci. Dystans okolo 750 km. Odcinki dzienne
    po 80 km - 90 km. Przejazd "na lekko" (bez namiotu i sprzetu
    biwakowego), noclegi w agroturystykach, kwaterach prywatnych, w
    ostatecznosci w zajazdach lub motelach. początek 13.09.2008 rano w
    Krynicy Gorskiej, przewidywany koniec: 21.09.2008 w Krynicy Morskiej.
    Zainteresowanych prosimy o kontakt: terakowski@gmail.com
    ------
    Pozdrawiamy serdecznie!
    Agata i Krzysztof Knofliczkowie -
    gospodarze schroniska PTTK na Kudlaczach oraz na Luboniu Wielkim
    www.kudlacze.pttk.pl oraz www.lubon.pttk.pl
    tel. 012 2748995 oraz 018 2676435

    [ Dodano: 2008-10-03, 07:36 ]

     

    Slwester 2006 - narty?

    Cytat: hrabianka napisała: Watashi, założyłaś temat, narobiłaś smaku, więc odezwij się!



    odzywam się
    propozycje co do miejsca są następujące:
    Zakopane
    Szczyrk
    Szczawnica
    Murzasichle
    Zieleniec
    Krynica Górska
    Beskid Sądecki (info poniżej, ale wygląda na to, że tutaj wchodzą w grę jedynie narty biegowe)

    wszelkie inne propozycje mile widziane

    SYLWESTROWY WEEKEND Z PRZYGODĄ 2006/2007 30.12.2006-01.01.2007.
    W PROGRAMIE:
    • ZJAZDY NA LINACH Z 30- METROWEGO WIADUKTU DAWNEJ KOLEJKI ZĘBATEJ
    • WSPINACZKA NA SZTUCZNEJ ŚCIANCE ALPINISTYCZNEJ
    • STRZELANIE Z ŁUKÓW
    • ZWIEDZANIE XVIII- WIECZNEJ TWIERDZY

    ZAPEWNIAMY:
    • IMPREZĘ SYLWESTROWĄ W SCHRONISKU Z MUZYKĄ I POCZĘSTUNKIEM (zimny bufet: barszcz, paszteciki, półmisek wędlin, serów, ciasto , soki, szampan)
    • IMPREZĘ SYLWESTROWĄ NA FORCIE „WYSOKA SKAŁA” (barszcz, paszteciki, paszteciki, bigos , schab zawijany, półmisek wędlin, serów, ciasto , soki, szampan)
    • 2 NOCLEGI (Schronisko PTTK lub Agroturystyka-standard turystyczny ,pokoje 2-7os, łazienki na korytarzach)
    • WYŻYWIENIE: 2 OBIADOKOLACJE, 2 ŚNIADANIA

    DODATKOWO: MOŻLIWOŚĆ SKORZYSTANIA Z NART BIEGOWYCH - RAJD PO TRASACH BIEGOWYCH ZAKOŃCZONY OGNISKIEM Z KIEŁBASKAMI !

    CENA 309 zł./osoba - IMPREZA W SCHRONISKU
    CENA 409 zł./osoba - IMPREZA NA FORCIE

    UWAGA!
    MOŻLIWOŚĆ PRZEDŁUŻENIA POBYTU O DOWOLNĄ ILOŚĆ DNI!
    KOSZT DODATKOWEGO NOCLEGU – 25 zł./osoba KOSZT DODATKOWYCH POSIŁKÓW: 9 zł. śniadanie, 9 zł. kolacja, 16 zł. obiad/obiadokolacja.

    Przykładowy rozkład zajęć (zależny od pogody i terminu przyjazdu wszystkich uczestników):
    Piątek 30.12
    - przyjazd , zakwaterowanie,
    - zajęcia programowe np. wspinaczka
    - ok.16,17 obiadokolacja w schronisku
    Sobota 31.12
    - śniadanie w schronisku
    - od.10.00 program np. o zjazdy z wiaduktu o zwiedzanie twierdzy o strzelanie z łuków. W przerwie między punktami proponujemy herbatę w schronisku
    - ok.16-17 obiadokolacja w schronisku
    - od 20-21 impreza Sylwestrowa
    Niedziela 01.01
    - śniadanie w schronisku.
    W przypadku wcześniejszego Państwa przyjazdu ( 29.12) proponowany program zaczęlibyśmy dzień wcześniej

    Serwis mailowy schronisk beskidzkich donosi:

    GRENLANDIA NA KUDLACZACH, CHATAR POSZUKIWANY, Z KRYNICY GORSKIEJ DO MORSKIEJ...

    Od: Schronisko PTTK na Kudlaczach w Beskidzie Myslenickim e-kudlacze@tlen.pl
    Do: 342e-schronisko@tlen.pl
    Data: Poniedziałek, 1 Września 2008 16:53 Zmień powiększenie treści listu
    Temat: GRENLANDIA NA KUDLACZACH, CHATAR POSZUKIWANY, Z KRYNICY GORSKIEJ DO MORSKIEJ...

    PIATY MARSZON PRZESZEDL...
    ...do historii. Zobacz: www.marszony.wierch.pl/m15.htm
    --
    GRENLANDIA NA KUDLACZACH
    Zapraszamy na pokaz slajdow: Tomasz Walkiewicz - HiFlyer Polar Ice
    Expedition 2008 - pierwsza polska wyprawa na najwyzszy szczyt Arktyki.
    Schronisko PTTK na Kudlaczach: 11.10.2008 godz. 20.00. Prosimy o
    telefoniczna rezerwacje miejsc: 012-2748995
    --
    CHATAR POSZUKIWANY
    Chatka Pod Potrojna - www.potrojna.com.pl - poszukuje "chatara".
    Zainteresowanych prosimy o kontakt telefoniczny: 501 694158
    --
    Z KRYNICY GORSKIEJ DO MORSKIEJ
    Zapraszamy na rowerowa przejazdzke z Krynicy Gorskiej do Morskiej, w
    miare bocznymi drogami, prowadzacymi mozliwie blisko najkrotszej linii
    laczacej te dwie miejscowosci. Dystans okolo 750 km. Odcinki dzienne
    po 80 km - 90 km. Przejazd "na lekko" (bez namiotu i sprzetu
    biwakowego), noclegi w agroturystykach, kwaterach prywatnych, w
    ostatecznosci w zajazdach lub motelach. Poczatek 13.09.2008 rano w
    Krynicy Gorskiej, przewidywany koniec: 21.09.2008 w Krynicy Morskiej.
    Zainteresowanych prosimy o kontakt: terakowski@gmail.com
    ------
    Pozdrawiamy serdecznie!
    Agata i Krzysztof Knofliczkowie -
    gospodarze schroniska PTTK na Kudlaczach oraz na Luboniu Wielkim
    www.kudlacze.pttk.pl oraz www.lubon.pttk.pl
    tel. 012 2748995 oraz 018 2676435

    Lato pod gruszą




    Lato pod gruszą

    Znudziły cię zatłoczone plaże w kurortach? Wciąż nie możesz się zdecydować, dokąd pojechać na wakacje? Pomyśl o pobycie na wsi. Nie będzie nudno, może być tanio.



    Zalety agroturystyki

    1. Przystępne ceny. W porównaniu z cenami noclegów w kurortach jest znacznie taniej.
    2. Zdrowe jedzenie. Posiłki przyrządzane są z własnych płodów rolnych. Nic nie zastąpi mleka prosto od krowy, twarogu i masła własnej roboty, świeżych jaj, swojskich wędlin i domowych konfitur. Coraz więcej gospodarstw przestawia się na rolnictwo ekologiczne i ubiega się o certyfikat Europejskiego Centrum Ekologicznego (ECEAT).
    3. Nieskażone środowisko. Największą ofertę mają okolice o nieskażonej przyrodzie, usytuowane z dala od miast i dróg. Polskie zagłębia agroturystyki to Beskidy, Kaszuby, Warmia i Mazury, Podlasie, Małopolska.
    4. Funkcjonalne kwatery. Do dyspozycji są miejsca o różnym standardzie. Od kwater, które poza sezonem użytkują domownicy, po samodzielne mieszkania. Właściciele adaptują strychy, stodoły, dawne młyny, leśniczówki. I trzeba przyznać, że robią to z głową, uwzględniając potrzeby i przyzwyczajenia mieszczuchów. Nie zapominają też o otoczeniu. Budują baseny, altanki, wydzielają miejsca na grill, ognisko, boiska.
    5. Różnorodność. Większość miejsc nastawia się na wypoczynek rodzin z dziećmi. Niemal wszędzie znajdują się place zabaw z huśtawkami i piaskownicami. Są letniska powstałe z myślą o miłośnikach koni, wędkarzach, myśliwych. Wiele gospodarstw ma oryginalne specjalności: od uprawy ziół i produkcji wina, aż po trening chodzenia po rozżarzonych węglach, strzelanie z łuku i loty balonem.
    6. Rodzinna atmosfera. Na ogół gospodarze są ludźmi sympatycznymi i otwartymi - gdyby tacy nie byli, nie przyjmowaliby obcych pod swój dach. Nie znaczy to jednak, że się narzucają. Tylko od nas zależy, czy nawiążemy z gospodarzami bliższy kontakt.

    Owce na hali i stare koronki

    Chciałabyś w ciszy i spokoju wędrować łagodnymi górami wśród drewnianych świątyń i łemkowskich wsi? Ruszaj w Beskidy. Przyjazne i dostępne są rajem dla miłośników wczasów pod gruszą, zarówno tych, którzy podczas urlopu preferują „nicnierobienie”, jak i dla spragnionych ruchu. Nie znajdziesz tu dzikich ostępów oraz nieprzetartych szlaków, ale za to dobrze wypoczniesz i nie będziesz się nudzić. Poza Ustroniem i Krynicą, pięknie położoną Brenną i naszą największą wsią - Zawoją, znajdziesz sto innych miejsc, którym warto się przyjrzeć z bliska.
    Wiślańskiego kurortu rekomendować nie trzeba, rozsławił go Adam Małysz. Beskidzka trójwieś, czyli Istebna, Jaworzynka i Koniaków to sielskie klimaty w pełnej krasie, czyli drewniane chałupy, owce na halach i słynne koronki (od wieków koronczarstwem zajmują się tu wszystkie gospodynie, a nawet kilku gospodarzy). Rytro zaprasza w ruiny zamku zbudowanego z łez księżnej Kingi, a Komańcza skłoni do refleksji u Nazaretanek - w miejscu odosobnienia kardynała Stefana Wyszyńskiego.
    Od ilości ofert może się zakręcić w głowie. Ponieważ pomiędzy poszczególnymi obiektami panuje spora konkurencja, każdy stara się przyciągnąć gości wyjątkowymi atrakcjami. Właściciele swojskich chat, kameralnych pensjonatów i pałacyków dobrze wiedzą, że dzisiaj łóżko i wikt już nie wystarczą. Na przykład "Promyczek” w Brennej znany jest z wyśmienitej kuchni (sery własnej roboty, że palce lizać).
    Zajazd „U Brzezinów” w Cisownicy urządzono wokół chałupy z 1923 roku, pełnej starych sprzętów. Za to Kukuczkowie w Istebnej prowadzą najprawdziwsze górskie gospodarstwo. Miejscem zupełnie wyjątkowym jest ulokowany na zachodnim krańcu (i poza zasięgiem) „Swystowy Sad”. W sadzie huśtawki dla dzieci, w pokojach stare meble i pożółkłe fotografie, na stołach konfitury. Wystrój wnętrza i kuchnia przypominają o dawnych łemkowskich właścicielach tego miejsca. Chętni mogą karmić kury i kozy, pomagać w pasiece albo pojeździć konno w Hańczowej.
    Wszystkie, nie tylko beskidzkie drogi, prowadzą do „Rzymu”. Na rynku w Suchej Beskidzkiej stoi najsłynniejsza polska karczma, gdzie, zgodnie ze starą legendą, Pan Twardowski przegrał zakład z diabłem. Tu czas się zatrzymał. Nazwy potraw często nawiązują do folkloru, w którym podobnie jak na Podhalu, ważną rolę odgrywali harnasie Ondraszek oraz Proćpak. Hej!

    Świat w pigułce

    Kaszubi opowiadają, że Pan Bóg tworząc świat, obdarowywał poszczególne krainy różnymi dobrami. O nich przypomniał sobie dopiero wówczas, gdy zakończył swoje dzieło. Z wielkiego worka wysypał więc to, co mu zostało. I tak dostało się Kaszubom każdego bogactwa po trochu. W tej opowieści jest sporo racji. Na Kaszubach znajdziemy wszystko: góry, nadmorskie plaże, ciche jeziora, cieniste bory i zabytki. A do tego gościnni, pracowici mieszkańcy, którzy zachowali swój barwny świat.
    Współcześni Kaszubi coraz rzadziej utrzymują się z uprawy roli czy rybołówstwa, a coraz częściej - z turystów. Najlepiej przygotowane na przyjęcie gości są Bory Tucholskie z mnóstwem kwater i wypożyczalni sprzętu wodnego w Charzykowym i Swornychgaciach. Ale najpiękniej i najciszej jest w Szwajcarii Kaszubskiej. Idealną bazą wypadową będą liczące 700 lat leniwe Ostrzyce z ładnym kąpieliskiem. Osada wyspecjalizowała się w organizowaniu rejsów wycieczkowych po jeziorze. Stąd tylko dwa kroki do Kartuz. To serce Szwajcarii. Zawdzięcza powstanie zakonowi kartuzów, który ściągnął tu pod koniec XIV wieku. Mnisi co prawda przyjechali tylko na rekonesans, ale urzeczeni pięknem okolicy, zostali na wieki. Z tamtych ponurych czasów przetrwał jeden przysadzisty erem i słynny kościół z dachem w kształcie wieka gigantycznej trumny.
    Buszując po Kaszubach, koniecznie trzeba zobaczyć najstarszy w Polsce skansen we Wdzydzach. Latem odbywają się pokazy plecionkarstwa i haftu. Ożywa kuźnia, wiatrak holender i stara lokomobila z tartaku. Zgłodniali powinni zajrzeć do karczmy „Wygoda” na kluski ziemniaczane, jak również racuchy drożdżowe o wdzięcznej nazwie „ruchanki”. A po biesiadzie obowiązkowo zażyć tabaki. Na zdrowie! Bo, jak mawiają miejscowi: „Chłop, co nie zażywa, baba się nazywa”. Obok skansenu przycupnęło minizoo. Maluchy warto też przyprowadzić do Muzeum Kaszubskiego w Kartuzach, by pokazać im buty dla koni, zwane klumpami. Dzieciom pewnie trudno będzie uwierzyć, że kiedyś wśród przedmiotów codziennego użytku były kijanki do prania i pyzder do klapsów.

    Nie święci garnki lepią

    Na początku spróbuj zrobić gliniany garnek lub miskę. Zabierz wykutą podkówkę, która przyniesie ci szczęście. Potem wystrugaj łyżkę i utkaj wełniany chodnik. Z tym bagażem udaj się tam, gdzie możesz upiec razowy chleb. To nie lista magicznych zadań w supernowoczesnej grze komputerowej. Taką przygodę z dawnymi rzemiosłami możesz przeżyć podczas podróży po Podlasiu, kojarzonym niesłusznie głównie z żubrami, łosiami i komarami. Tuż za rogatkami Białegostoku zaczynają się lasy Puszczy Knyszyńskiej, a w nich nostalgiczne wioski naszpikowane warszta- tami, jakich nie zobaczysz nigdzie. Numerem jeden okolicy jest Czarna Wieś Kościelna, w któ- rej uchowała się tradycyjna kuźnia. We wsi możesz też przekonać się, że nie święci garnki lepią. Dwojaki i ładyszki do mleka wyrabia się, tak jak sto lat temu. Niemłody już garncarz z młodzieńczym zapałem i cierpliwością pokazuje, jak wypalić dzbanek. W pobliskiej stodole stoją setki cudeniek. Warto kupić coś na pamiątkę i dołożyć chochlę z pobliskiego Zamczyska.
    Na tym nie koniec podróży szlakiem rękodzieła. Blisko Suwałk, w Piertaniach, blisko Suwałk, upieczesz chleb, jak niegdyś czyniono to w prawie każdym wiejskim domu. Niecałe trzy kilometry od Piertań, we wsi Tartak czeka gospodarstwo agroturystyczne - prawdziwa akademia kuchni regionalnej. Tu mleka na masło należy samemu nadoić, a potem ubić w drewnianej maselnicy. Świeże masło na wiejskim pachnącym chlebie! Czy trzeba czegoś więcej? Białego sera? Jego produkcja nie zajmie wiele czasu. A miód na okrasę znajdziesz w jednej z okolicznych pasiek. W gospodarstwie poznasz też tajniki wypieku sękacza.
    Trochę dalej na północ, w okolicach Janowa (trzy kilometry stąd we wsi Wygoda znajduje się najstarsa w Europie stadnina koni arabskich), wyrabia się dwustronne wełniane tkaniny. Wielobarwne chodniki urzekają ornamentami. Warto spróbować sił w tkaniu. Na początku trudno połapać się w plątaninie sznurków i nici, ale po kilku fachowych uwagach wszystko staje się znacznie prostsze. Gdyby zdarzyło ci się wpaść w trans, pamiętaj, że pojawienie się na stole babki i dwójniaka kończy pracę przy krosnach.

    Praktyczne informacje

    Katalog kwater: www. agroturystyka.beskidy.pl, Brenna - 033 8536533, www.brenna.pl, Istebna - 033 8556158, www.ur.istebna.pl, Ustroń - 033 8542653, www.ustron.com.pl, Wisła - 033 8553456, www.wisla.pl, Żywiec - 033 8614310.
    Polecamy:
    • „Swystowy Sad” - G. M. Furman, Ropki k. Hańczowej, tel. 018 3532294, pokoje 2- i 3-osobowe z łazienkami, kuchnia bezmięsna, ceny: 70 zł za osobę dorosłą i 40 zł za dziecko.
    • „Koziarnia” - J. M. Lorek, Pogorzany Smykań k. Szczyrzycy, tel. 018 3320350, pokoje 2-, 3- i 4-osobowe z łazienkami plus domek dla 8 osób, cena: 25-35 zł.
    • „Pancerzówka” - B. J. Pancerz, Głębokie, tel. 018 4464763, pok. 2-, 3-, 4- i 5-osobowe z łazienkami, kuchnia domowa, cena: nocleg 30 zł (możliwe zniżki).

    ***

    Kartuzy - 058 6810185, www.kartuzy.pl, Kościerzyna - 058 6841612, www.infokościerzyna.pl, Tuchola - 052 3342189, www.tuchola.pl.
    Polecamy:
    • „U Stolema” - Ostrzyce, tel. 058 6841877, pokoje 2-, 3- i 4-osobowe z łazienkami oraz domki 6-osobowe z łazienkami, kuchnia kaszubska, cena: nocleg w pokoju 2-osobowym od 35 zł.
    • Gospodarstwo J. J. Bruskich - Wałdowo, tel. 059 8571277, mieszkanie dla 4 osób, pokoje 4-, 3- i 2-osobowe z łazienkami, specjały kaszubskie, cena: nocleg od 28 zł.
    • „Cichy zakątek” B. Ciemińskiego - Półczno, tel. 059 8223455, 2 mieszkania (4-, 6-os.), cena: noc 20 zł.
    • „Kaszubska Strzecha" - Goręczyno, tel. 058 6841469, 45 miejsc w zaadaptowanej owczarni w pokojach 2-, 3- i 4 osobowych z łazienkami i TV, cena: od 45 zł za osobę.

    ***

    Białystok - 085 6537950, Białowieża - 085 6812295, Goniądz - 085 7380785, eco-travel@biebrza.com.
    Mistrzowie rękodzieła: Kowal M. Hulewicz, Czarna Wieś Kościelna, ul. Sosnowa 4a, tel. 085 7109085. Garncarz St. Mosiej, Czarna Wieś, ul. Piękna 69, tel. 085 7109089. Łyżkarz M. Baranowski, Zamczysk 10, tel. 085 7109321.
    Tkaczki: A. Kochanowska, Janów, ul. Nadrzeczna 3, tel. 085 7216036, F. Krupowicz, Janów, ul. Sokólska 50, tel. 085 7216128.
    Kwatery: A. Żukowska - Piertanie, tel. 087 5637140. Z. Tarasiewicz - Tartak, tel. 087 5637174. B. Florczuk - Starczewice, tel. 025 6312013. „Uroczysko Zaborek" - Janów Podlaski, tel. 083 3413068. M. Falkiewicz - Janów Podlaski, tel. 083 3413222.

     

    [fg] Tatry & Beskid Sądecki 2006

    Cześć!!! Oto relacja z mojej wyprawy w Tatry i Beskid Sądecki - lipiec 2006 r. Jest ona przepisana z mojego dziennika wyprawy, w którym na gorąco spisywałem wrażenia z wycieczek i całości pobytu. Jest to dokładne przepisanie toteż mogą zdarzyć się błędy językowe itp.

    7 lipiec (dzień 1) - "Powiesić drogowców!"

    Wyruszamy (ja i mój ojciec) ze Stalowej Woli z "lekkim" opóźnieniem. Planowaliśmy wyjazd 7 - 8, a wyszła 9.20. No trudno. Pierwsze roboty drogowe już kilka kilometrów za moim rodzinnym miastem. Ruch wahadłowy. Do Tarnobrzegu oddalonego o 35 km. docieramy po godzinie. Niestety to nie koniec drogowych "atrakcji". Zaraz za Wisłostradą znów roboty drogowe. Kończą się za Padwią Narodową. Radość ? No niezupełnie bo za Tarnowem droga E4 rozkopana na całego. Na kilkukilometrowym odcinku wleczemy się 2 godziny. Nagle dźwięk SMS-a: "Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin życzy Olka ". Początkowo zdziwienie, ale potem uświadamiam sobie że ja mam dziś naprawdę (16) urodziny. Kolejny raz spędzam je poza domem. W końcu w Łapczycach wydostajemy się na drogę w kierunku Myślenic. Puściuteńko, a przed moimi oczami widok o jakim marzyłem od pół roku - GÓRY!!! Najpierw Beskid Makowski, za Kasiną Wielką odsłania się widok na Beskid Wyspowy. W Chabówce w końcu w tle majaczą "Pikne, nos Totry". Ich północne stoki wciąż jeszcze pokryte śniegiem... CUDO! W końcu o 14.10 jesteśmy w Zakopcu. Pensjonat "Melania". Będąc pod nim wymieniam korespondencję SMS-ową z Kerajem. Po rozpakowaniu wychodzę na obiad. Po powrocie na kwaterę wychodzę na balkon - super wdiok na Giewont i część Tatr Zachodnich. Pstrykam fotkę rycerzowi i kładę się zdrzemnąć. Budzę się i znów idziemy na Krupówki, gdzie zostaję niemal zjedzony przez komary. Tam zjadamy lody w "Morskim Oku",wracamy na kwaterę i planujemy gdzie jutro pójdziemy. Jeśli będzie dobra pogoda hasta la vista Świnica, jeśli gorsza to przejście Pasma Gubałowskiego. Gdy zapada ta decyzja uderzam w kimono.

    [URL=http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/95ac65ff2fd78317.html]
    [/URL]

    8 lipiec (dzień 2) - "Świńska Świnica"

    Pobudka o 6.30. Zapada ostateczna decyzja - idziemy na Świnicę. Dalej wszystko toczy się szybko: śniadanie, doposażenie się, wsiadamy do busa i już jesteśmy w Kuźnicach. Po formalnościach związanych z zakupem biletu wstępu do TPN o 9.00 wchodzimy na szlak. Pierwszy etap szlaku widzie w dość jednostajnym terenie - po ostrych kamieniach utrudniających podchodzenie. Straszny skwar, naprawdę ciężko oddychać. Musimy co jakiś czas robić postoje i napić się chociaż łyk wody. Po kilkudziesięciu minutach wychodzimy w końcu na powierzchnię. Z tej grani w krajobrazie króulują Podhale i okoliczne pasma górskie. Po przejściu Przełeczy między Kopami ukazuje się całe otoczenie Doliny Gąsienicowej: od Koszystej aż do Świnicy. Stą jeszcze tylko 30 min. do "Murowańca". Tam dokupujemy jeszcze jedną butelkę wody, zjadamy pączki, podbijam książeczkę GOT i ruszamy w dalszą drogę. Wybieramy wariant przez Liliowe, wszak tam pewnie jest mniej śniegu. Idzie się ciężko, za wyciągiem co kilkanaście kroków postój i dalej pod górę. W dodatku podejście jest cholernie nużące. Najpierw idziemy w skwarze, a po kilkunastu minutach nad Liliowe zachodzą chmury. Nic to ! Przemy dalej pod górę. W końcu po godzinie jesteśmy na przełęczy (pstrykam tam fotki), aż tu nagle... deszcz! No to super. I jeszcze jakieś grzmoty! Niech to szlag jasny trafi. Musimy zmienić plany, przecież nie będziemy się pchać na Świnicę w burzę. Skręcamy na zachód i po przejściu Beskidu znajdujemy się na Kasprowym Wierchu. Stąd zjeżdżamy kolejką do Kuźnic. Jestem trochę niepocieszony, ale na poniedziałek planujemy powtórny atak na Świnicę. Po powrocie do domu... burza. No może ktoś tam na górze czuwa nade mną ? Na jutro nie planujemy nic (regeneracja), ale może pójdziemy na Pasmo Gubałowskie.




    9 lipiec (dzień 3) - "Kto to znakował?"

    0 7.30 budzi mnie dźwięk SMS-a od znajomego. Se przypomniał o mich urodzinach. Potem śniadanie i na 9.00 do kościoła. Następnie spacer pod Wielką Krokiew. Wracając z niej, z lądowiska TOPR-u startuje "Sokół". Leci w kierunku Moka. Pół godziny później wraca do szpitala. No tak na niebie burza. A przeca rano niebo było bezchmurne. Czuję lekki niedosyt po wczorajszej porażce ze Świnicą. Kolejny grzmot na niebie uświadamia mi jednak że może dzięki temu, że zawróciliśmy mam szansę na powtórny atak? Po obiedzie w fajnej regionalnej karczmie krótki odpoczynek. O 15.30 wychodzimy z kwatery i niebieskim szlakiem zmierzamy na Gubałówkę. Pierwsze dziwne rozwidlenie po kilku minutach. Tym razem wybieramy dobrze. Dalej (niezwykle widokowe miejsce) są trzy drogi. Przy każdej widnieją białoniebieskie paski. Cholera, którą tu wybrać?! Idziemy w pierwszą z lewej. Po parunastu minutach droga się urywa. Zawracamy i wchodzimy w drugą. Tu też jak mawiali górale - "zomki". Nie puszcza. Kolejny raz zawracamy i wybieramy ostatni z możliwych wariantów. Czuję się jakbym był w "Milonerach": szlak a, b czy c ? W końcu zwycięstwo (i to bez pomocy publiczności, tudzież telefonu do przyjaciela - TOPR-u). Trzy niebieskie szlaki a tylko jeden właściwy. Niestety tracimy przez to jakieś 20 minut. Po kolejnych 40 jesteśmy na najwyższym szczycie Pasma Gubałowskiego. Wchodzimy na taras jednej z knajp. Ależ widoki!!! Od Hawrania po Osobitą. Pstrykam parę fotek i idziemy na Polanę Szymoszkową. Stąd zjeżdżamy kolejką linową, a następnie wracamy na kwaterę. Włączam TV a tam leci film pt. "Z biegiem lat, z biegiem dni". Pada w nim jedno warte przytoczenia zdanie: "Góry... te góry... ach te góry!". Tło stanowią Tatry. Jutro postanawiamy wyrównać rachunki ze Świnicą. Rano pojedziemy do Kuźnic i wjedziemy na Kasprowy. Stąd 2 h graniówki na Świnicę, a potem zejście do Hali Gąsienicowej. No cóż... wsio wyjdzie w praniu. Na razie oglądam finał MŚ. Oby wygrali Włosi. Przed dogrywką postanowiłem się wykąpać. Nagle pęka rura. Przybiega obsługa. Ale numer! Cały pensjonat będzie bez wody co najmniej 1 dzień! A Włochy i tak wygrały !



    10 lipiec (dzień 4) - "Remis ze Świnicą"

    Budzik dzwoni o 6.30. O 7.00 wychodzimy już z domu/ Idziemy Krupówkami w poszukiwaniu sklepu spożywczego. Kurka wodna, pierwszy otwarty jest dopiero na Zamoyskiego o wymownej nazwie "Turysta". Wsiadamy potem do busa i już stoimy w "kolejce do kolejki na Kasprowy". Udało się! Kupujemy bilety na 8.50, po 9.00stoimy już na szczycie. Przepakujemy plecaki, robimy fotki i w drogę. Szybko pokonujemy Beskid i zaraz potem jesteśmy na Liliowem. Trawers Skrajnej i Pośredniej Turni. Schodząc z tej drugiej przebiega koło mnie fajny, rudy psiak. Widzę go ptem jak wspina się po skałach. Parę metrów dalej na Świnickiej Przełęczy pierwszy postój. Niedługo potem już kontynuujemy wędrówkę. Początek podejścia na Świnicę to wchodzenie po skałach. Niemal cały czas trzeba się ich trzymać. Chwilami czuję się jak taternik. Warunki fantastyczne - lekki wiaterek. Nie muszę nawet robić przystanków. Również i otoczenie robi wrażenie - wszędzie skały. Dochodzimy do pierwszego łańcucha. Pokonuję go bez problemu. Potem przechodzę przez drugi. Tu już mam o tyle więcej kłopotów, że mijam się z jakimś kolesiem i puszczając jedno ogniwo, muszę szybko złapać kolejne, będąc po zewnętrznej. Do wierzchołka idzie się OK. Tuż przed nim łańcuch. Jego pierwszą część pokonuję łatwo, ale druga to przejście przez gładki głaz. Najpierw przepuszczam ludzi idących z góry, a potem idę ja. Stawiam jedną nogę, ale nie mam gdzie dać drugiej. Cofam się do początku i stąd chwytam łańcuch wyżej niż chwilę wcześniej. Podciągam się mocniej, pierwszą nogę daję wyżej, jedną ręką przytrzymuję się skał, a drugą mocno trzymam łańcuch i przekładam prawą nogę. No i jestem na szczycie! Niestety duża mgła nie pozwala robić zbyt fajnych fotografii. Teraz fotki, dożywianie się. Patrzę, a tu... ten pies wypoczywa na skalnej półce. Niezły psiur. Musiał skądś znać drogę. Schodzimy, z początku mały korek na łańcuchach spowodowany przez dwie panie. Za Świnicką Przełęczą już kompletny luzik. Pozwalamy sobie na żarty i pełną dekoncentracją. Niestety w trakcie schodzenia coś chrupnęło mi w udzie. Przez chwilę obawiam się że to niedawno naderwany mięsień czworogłowy uda, lecz po chwili coś mi znów "odstrzykuje" i już mogę normalnie iść. Ponieważ schodzimy czarnym szlakiem mam okazję przyjrzeć się Kotłowi Gąsienicowemy z zalegającym tam śniegiem. Kilkanaście bałwanów by z tego było! Następnie jest fantastyczny Zielony Staw Gąsienicowy. Jest tak przejrzysty, iż widać widać pływające w nim pstrągi. W końcu Hala Gąsienicowa. Po niej jeszcze 1,5 h po wystających i męczących kamieniach i już Kuźnice. Znów słychać "Sokoła". Tymrazem leci w kierunku Giewontu. Będąc już w Zakopanem i siedząc w barze "Rodos", patrzę na skąpaną w słońcu Świnicę. "No! Rachunki wyrównane" - pomyślałem z uśmiechem. Dziś mija półmetek naszego pobytu w Zakopanem i 1/4 całej wyprawy.



    11 lipiec (dzień 5) - "Mekka kolonistów"

    Zgodnie z przewidywaniami obudziliśmy się z nieprawdopodobnym bólem nóg. Wychodzimy później niż zwykle. Wstępujemy jeszcze do pubu. Tata popija kawę, a ja sączę Coca-colę. Trwa to dłuższy czas. W końcu wychodzimy i włóczymy się uliczkami starego Zakopanego. Jest tu dużo ciszej niż na tych pieprzonych Krupówkach. Idziemy pod skocznię, mijamy budynek COS-u, przekraczamy potok Bystra i już stoimy pod kasą. Kupujemy bilety, po czym wchodzimy na Nosal. To żeby tam pójść było całkowitym spontanem. Zresztą to po nas widać: żadnego plecaka, wody mineralnej itp. Ja w dodatku szedłem w halówkach, które w góry nie nadają się najlepiej. Niech to szlag! W dodatku przed nami jakaś kolonia. Musimy się męczyć podwójnie. Nie dość że ciężkie podejście (wysoko ułożone schody z kamieni) to jeszcze musimy iść na 100 % żeby wyprzedzić kolonie, która oczywiście ryje się całą szerokością ścieżki. A to wszystko w 30-stopniowym skwarze. W końcu udaje nam się ich minąć, lecz kosztuje nas tp sporo sił przez co musimy robić w dajszej części drogi postoje. Ponieważ jesteśmy bez napojów zasycha nam w garrdle. W końcu wchodzimy, a tam... kolejne 2 kolonie! Ładne widoki na Tatry Zach. i Babią Górę wynagradzają harmider wierzchołkowy. Schodzimy, ale niestety jedna z tych koloni wyszła przed nami przez co znów się wleczemy. Nagle jedna z wychowawczyń wpada na iście diabelski pomysł i liczy kolonistów... na ścieżce! Spory korek + psioczenia ludzi jakby nie docierały do tej paniusi. W końcu udaje nam się ich wyprzedzić. Wpadamy jeszcze na jedną, a w międzyczasie w przeciwną stronę drałują 2 następne obozy. Żaden z tych wszystkich wymienionych nie miał przewodnika! Ale by sobie TPN zarobił, jakby filancom chciało się skontrolować. Wracając mój ojciec wykonał taki numer, że w zasadzie powinienem pisać teraz nekrolog a nie relację. Mianowicie potknął się o wystający kamień i wyrzuciło go do przodu, ale zdołał chwycić się drzewa, które obróciło go o 360 stopni, ale dało możliwość ponownego wyjścia na ścieżkę. Rechoczemy
    z tego jak szaleni. Wreszcie Kuźnice! Łapczywie pijemy kupioną przed chwilą Kryniczankę. Postanawiamy podczas tego pobytu odpuścić sobie Granaty. Cóż... w końcu mamy w nogach 2 (w tym 1 udaną) próby zdobycia Świnicy, a zostają jeszcze Beskidy. Przez pozostałe 3 dni pochodzimy sobie po dolinach. W domu patrzę, a tu cholerny bąbel na nodze. No tak. Nienajlepsze miejsce na rozchodzenie butów sobie wybrałem, ale muszę to robić bo buty turystyczne się rozwalają. Starczą może jeszcze na 1 wysokogórską wycieczkę i bye, bye. Po południu idziemy Żywczańskiem, a potem wchodzimy do Lasu Białego. Mardziej przypomina mi on lasy z mojej rodzinnej Kotliny Sandomierskiej niż te w Tatrach. Potem idziemy do Doliny Strążyskiej. Ładny spacer. BTW jest to jedna z nielicznych oficjalnie dopuszczonych i polecanych tras przez TPN tras dla rowerzystów w Tatrach. Jutro prawdopodobnie idziemy na Halę Kondratową



    12 lipiec (dzień 6) - "STOŁ(Y)owanie się"

    Mieliśmy iść na Halę Kondratową, ale wyszło jak wyszło. Rano przeglądamy mapę. Pierwsza propozycja - Ciemniak! Byliśmy tam co prawda 4 lata temu, ale była taka mgła, że tylko przeszliśmy przez wierzchołek. Pomysł odpada zważywszy na przewidywane burze. Druga idea - Hala Ornak! Też odpada, wszak tam orować pewnie będą stada kolonistów, a po wczorajszym nie ciągnie nas do tego. W końcu wymyślamy Stoły i tam też się wybieramy. Żaden z nas tam wcześniej nie był. Bierzemy plecak, pakujemy tam: 1,5 l. wody, aparat, mapę i książeczkę GOT. Wychodzimy z domu i wsiadamy do busa. Po paru chwilach jesteśmy w Kościelisku, a ściślej w jego dzielnicy Kirach - słynnej z tras biathlonowych. Kierujemy się do Dol. Kościeliskiej. Szybki zakup biletów i już doń wchodzimy. Ponownie multum kolonii, lecz te są lepiej zorganizowane, bo każda idzie z przewodnikiem. Droga stricte spacerowa, idzie się prawie poziomo. W końcu skręcamy w prawo. Idziemy teraz ścieżką bardziej przypominającą te beskidzkie niż tatrzańkie. Nikogo przed nami, ani za nami. Tylko my, las, góry i... insekty! Lata ich tu naprawdę mnóstwo. Po pół godzinie wychodzimy na otwartą przestrzeń. (tam 2 opalające się panie - pierwsze osoby od zejścia z Kościeliskiej). Znów zagłębiamy się w las i ponownie wychodzimy na "powietrze", tym razem na Halę Stoły. Jest ona piękna i malownicza. Stoją tam trzy bacówki. Siadamy na progu jednej z nich. Po paru minutach kończymy postój i idziemy pod górę. Po paru minutach już jesteśmy na szczycie Stoły. Swą zaskakującą nazwę zawdzięcza ostańcom skalnym o takim kształcie. Tabliczka: "Uwaga! Niebezpieczeństwo spotkania z niedźwiedziem!" Nie zachęca do pozostawania na wierzchołku. Schodzimy w dół. Na Hali 2 osoby siedzące w tym samym miejscu w którym my wcześniej. Zagłębiamy się w las. Jestem tak zdekoncentrowany, że popełniam proste błędy. Na szczęście przeważnie udaje mi się utrzymać równowagę, aż tu nagle... . Dałem stopę na ruchomy kamień, który runął zboczem. Moja jedna noga też tam poleciała, ale na szczęście chwyciłem się wystającego korzenia. Przestaję już myśleć o niebieskich migdałach. Spoglądając w głębię tego stoku, jeszcze jestem trochę w szoku... . Po paru chwilach jesteśmy w Kościeliskiej, a stamtąd 15 min. i znów Kiry. Po przyjeździe do Zakopanego idziemy do knajpy "Pstrąg Górski". Tym razem postołować się bardziej orgoleptycznie niż wizualnie, jak to miało miejsce na hali... Stoły, oczywiście ! Wracawszy z wieczornego spaceru po Krupówkach i będąc już na wysokości Walowej Góry zauważam tęczę wychodzącą jakby z Kasprusia, a kończącą się koło Granatów. Pięknie to wygląda, lecz tęcza jest zbyt blada by uwiecznić ją aparatem, więc rezygnuję z tego.



    13 lipiec (dzień 7) - "Prawie jak Giewont"

    Po śniadaniu wyruszyliśmy busem do Kuźnic i pniemy się na Halę Kondratową. Zaopatrzenie plecaka nielepsze niż wczoraj. Wzbogacone tylko o drożdżówki. Mimo to idzie sią bardzo przyjemnie, będąc schowanym w lesie. Mijamy z daleka Pustelnię św. Brata Alberta, a następnie Hotel Górski FIS na Kalatówkach. Zauważam w nim jedną poważną zmianę w stosunku do 2004 r. Na dachu szklą się baterie słoneczne. W pół godziny potem konsumujemy już drożdżówki pod schroniskiem na Hali Kondratowej. Lecę podbić GOT-a. Gdy wracam ojciec proponuje ażeby przejść się na Wyżnią Przełęcz Kondracką, a stamtąd do Dol. Strążyskiej. Dokupujemy w schronisku wodę (Ździerstwo! 7 zł za litr!), a następnie pniemy się pod górę. Łatwo wyprzedzamy osoby znajdujące się nawet daleko przed nami. To chyba kwestia aklimatyzacji. Niestety nad Giewont zachodzą ciemne chmury. Jednogłośnie rezygnujemy z Giewontu. Byłem tam już raz w czasie burzy i "Sokół" zawracał wówczas 3 razy. Także thanks you very much, ale nie. Nie czuję się zawiedziony, wszak Giewont dla mnie nigdy nie stanowił celu samego w sobie. Podczas wspomnianej wyprawy w 2004 r. zdobyłem go wraz z przyjaciółmi, głównie dlatego że ja po prostu lubię łazić po górach, ale zrobiłem to bez tak dużych emocji jak choćby Świnicę. Wkurza mnie ta jego wszechobecna kultowość. Nawet bułki są "Made in Giewont". Wolę kameralność! Wracamy, ale w przeciwną stronę podążają dziesiątki osób. Kto jest głupi: my czy oni?! Później się wyjaśnia (burza), że oni. Za dużo jeszcze w polskich górach kretynów. A my? My zeszliśmy w spokoju do Kuźnic. I potem spacerem (brak kasy) do Zakopca. Możemy o sobie powiedzieć, że prawie zdobyliśmy Giewont. Ale jak wszyscy wiedzą "prawie robi wielką różnicę".



    14 lipiec (dzień - "Okulawione dzień dobry"

    Rano wyruszamy pod skocznię. Stamtąd kawałek ścieżką pod Reglami i wchodzimy do Dol. Białego. I o dziwo nie spiesząc się wyprzedzamy wszystkich. Co ciekawe podejścia pokonujemy swobodnie, bez problemów, łatwo wyprzedzając resztę, a po nas nie widać zmęczenia. Nie musimy też robić postojów. Wynika z tego, iż jesteśmy znakomicie przygotowani do sezonu turystycznego. Jest to zarazem bardzo dobry prognostyk przed nieuchronnie zbliżającymi się Beskidami. Na tabliczce w Dol. Białego pisało: "Do ścieżki nad Reglami - 1 h 10 min.". Nam udaje się to zrobić w 45 min. Niestety nie mam fotek z tej wyprawy, albowiem zapomniałem wziąść aparatu z pokoju. Na przełęczy łyk wody i dalej pod górę. Za Dziadowcem biegnie jakaś dziewczyna w koszulce "Jogging Wrocław". Jak nakazuje kultura szlaku mówimy jej dzień dobry. Odpowiada nam jej zdziwiona mina. Gdyby miał nóż w ręku to by nas chyba zabiła. Oczywiście ojciec parę metrów dalej (ale tak żeby joggingistka słyszała) wygłosił wykład z którego zapamiętałem: "kulawienie dzień dobry". Na Małej Krokwi (szczycie) kilkoro ludzi zastanawia się nad tym jaki to szczyt naprzeciwko nas. Wyprowadzamy ich z błędu mówiąć, że jest to Giewont. Szybkie zejście na Kalatówki i... c'est fini. Tak kończy się nasza tegoroczna przygoda z Tatrami. Podsumujmy: Liliowe, Gubałówka, Świnica, Nosal, Stoły, Ścieżka nad Reglami. Przez 7 dni słońce świeciło niemal non-stop. Trochę tylko popadało na Liliowem i nieraz słychać było w powietrzu grzmoty, ale nie spadła ani kropla deszczu wówczas. Gdy zeszliśmy do Kuźnic... deszcz. Może to tak jak w piosence którą niegdyś ułożyłem z przyjaciółmi: "(...). Gdy wyjeżdżamy Zakopane/ Jest całe załamane (...).". I właściwie na tym powinienem poprzestać, ale muszę przyznać że pod względem wycieczkowym wyszło znakomicie. Swój główny cel (Świnica) osiągnąłem, a poza tym odbyłem kilka wypraw w miejsca dotąd mi nieznane, a na pewno warte odwiedzenia. Szczególnie mile zaskoczyło mnie Liliowe

    15 lipiec (dzień 9) - "Półmetek"

    Dziś obudziłem się chyba najpóźniej w trakcie całego wyjazdy 7.45. Spojrzałem przez okno. Skalisty łeb Giewontu drapał chmury. Piękny widok... . Tym razem nie widać Hawrania, ani Świnicy, ani nawet Kasprusia. Takie zaszły nań chmury. Po śniadaniu przeszliśmy się jeszcze uliczkami Zakopanego, wstąpiliśmy do fawryzowanej przez nas cukiernii "Samanta". Ciacho, cola i dalej błąkamy się po Zakopanem. Tym razem pożegnanie z "Krupówkowym Wierchem". Weszliśmy do księgarnii "Witkacy". Kupiłem tam kwartalnik "Tatry-TPN". Będę miał chociaż lekturę na czas podróży. Jeszcze tylko obiad w Pizzy HUT i bye Zakopane. Osobiście należę do grupy sentymentalnych, toteż gdy zobaczyłem po raz ostatni Tatry z Waksmundu czułem się co najmniej dziwnie. Wiedziałem bowiem że następnym razem zobaczę je dopiero za rok. Tym razem czuję się chociaż spełniony pod względem turystycznym. Oby wsio powiodło mi się też w Beskidach. No właśnie Beskidy! Na naszej trasie najpierw Gorce, a potem Pieniny. Za Nowym Sączem poweselałem na maksa. Chyba jednak wol Beskid Sądecki. Tu po prostu czuję się jak u siebie w doum. Nie dziwota... przyjeżdżam tu po raz 42 czy 43. Dojeżdżamy do Krynicy, rzucamy bagaże do pokoju i hajda na deptak. Tam podziwiam prace z OFFPiK-u, którego partnerem są e-Beskidy.com. Zbieg okoliczności sprawił, że akurat dziś mam koszulkę w kolorze khaki, właśnie z logiem e-Beskidów. Trochę pooglądalismy i wracamy do domu. Z okna jest b.dobry widok na symbol Krynicy - Górę Parkową. Na dziś przypadał też półmetek całego pobytu. Został nam już tylko tydzień narkotyzowania się górami. Trzeba to wykorzystać na maksa. Maksyma kibiców Stali St.Wola głosi: "Żyć szybko, umrzeć młodo". Moja parafraza górska brzmiałaby: "Chodzić szybko, podziwiać długo".

    16 lipiec (dzień 10) - "Z Krynicy do... Krynicy"

    Jednak krynicki mikroklimat działa na mnie b.dobrze. Spałem dziś aż do 8.00. Po kościele bierzemy plecak i w góry! Na początku poruszamy się asfaltem, potem wchodzimy w las. Ależ dziś wiatr wieje! Chyba po raz pierwszy w Beskidach jestem przy takiej pogodzue. Do Przełęczy Krzyżowej na szlaku tylko my. Teraz już wiem za co tak uwielbiam te Beskidy: kameralność i bliskość natury. Naprawdę czuję się tu swojsko. Zaraz za Przełęczą Krzyżową kolejna w tym roku joggingistka. Ta odpowiada dzień dobry. I nawet ludzie lepsi niż w Tatrach ! Mijamy jakiś szlaban i wychodzimy na otwartą przestrzeń. Są tu dwie ścieżki: jedna wyraźna, druga niemal niewidoczna. Brak szlakowskazu więc naturalny odruch człowieka to kierowanie się tą szerszą. No i chyba nam się powaliło. Znam ten teren z nart więc po paru chwilach jestem pewien że coś nam się powaliło. Nie chce nam się jednak wracać toteż wybieramy trawers Bukówek, a potem przejście wzdłuż wyciągu. Udaje nam się to i po chwili znów jesteśmy na szlaku. W tym miejscu idzie się prawie poziomo, gdyż różnica w wysokościach między Przełęczą Krzyżową, Bukówkami, Drabiakówką, a Przełęczą Białą wynosi niemal zero. Od Przełęczy Biała jest trochę ostrzej, ale w normie. Jaworzynka (899 mnpm) zwana również Żydówką IMHO bardziej przypomina opuszczoną osadę - wieża przekaźnikowa, pusta budka, maszt. Elementy te oczywiście posprayowane. A wokół puszki i inne śmieci. To chyba pole do popisu dla PPK i ekologów. Schodząc do Kopciowej mijamy parkę. Są pewni że w tej wioseczce jest schronisko. Na ich szczęście wybijamy im to z głowy. Po paru minutach za to my w niej jesteśmy. Patrzymy na rozkład PKS. Następny autobus za 30 minut. Decydujemy się wracć na nogach do Krynicy. 2 kilometry pokonujemy w 20 minut i już jesteśmy na obiadku. Można powiedzieć - trasa bez historii. Bo jaki jest cel tego żeby wyjść w góry z punktu A i po 3 h wspinania się znaleźć się w tym samym miejscu?! To oczywiście żart. A cel? Szaleńcy - a za takich zwykło uważać się górołazów - zwykle robią coś bezcelowo.



    17 lipiec (dzień 11) - "Wyborna forma"

    Po 9.00 wychodzimy z domu. Początek identyczny jak wczoraj. Z tymże teraz świeci piękne słońce. Towarzyszy mu jednak także i wiatr. Fajna pogoda. Jednak po wyjściu na Przeł. Krzyżową czuję się nieco zmęczony. Pewnie to znużenie trasą. Schodzimy w dół (mały poślizg spowodowany halówkami) i bez zatrzymywania się idziemy w górę - na Jaworzynę Krynicką. Od początku ścieżka wspina się stromym zboczem, wyciskając z nas 7 poty. Ze szczytu schodzi kolonia. Ich wychowawaca mówi wskazując na mnie - ubranego w koszulce z e-Beskidami - "Widzicie! Tak trzeba iść!". To się nazywa redaktorski przykład! Keraj pewnie będzie zadowolony z reklamy. Po jakimś czasie wychodzimy na otwartą przestrzeń, trawers stoku - znanego mi z narciarstwa przywyciągowego. Niewiele dalej Diabelski Kamień. Fantastycznie wyglądający ostaniec skalny. Legenda głosi iż diabeł lecący z Tatr upuścił go tutaj. Idziemy dalej, na stoku spotykamy ludzi z naszej kwatery. Ci wjechali na Jaworzynę Krynicką i z niej schodzą. W porównaniu z innymi kuracjuszami i tak mają dużo samozaparcia górskiego. Kilka minut podejścia i już szczyt. Spoglądam na zegarek... od wyjścia z Krynicy minęło 1 h 45 min., a powinno nam zająć 3 h! I tak znakomity czas osiagnięty bez nadmiernego śpieszenia się. Ba! Ja byłem wręcz przekonany, że mamy opóźnienie. Niezły hardcore. Na wierzchołku wypijam coca-colę i... zjeżdżamy Kolejką Gondolową. Za tak świetny wynik należy nam się nagroda, nieprawdaż?!



    18 lipca (dzień 12) - "Halowa wycieczka"

    W zasadzie po przyjeździe z Łomnicy myślałem nad co najmniej jeszcze trzema tytułami: "Prawdziwego mężczyznę itd.", "Ostatnia wędrówka Kasny'ch" oraz ">>Schabik<< do raportu!!!". Dlaczego to dowiecie się w trakcie czytania. Wybrałem ten wszak najlepiej oddaje sedno, gdyż naszym celem są m.in. Hala Łabowska oraz Hala Pisana. Wyjeżdżamy do Łomnicy - Zdroju naszym rumakiem Astrą II combi. Rumak spisuje się co najmniej znakomicie. Niestety w okolicach Wierchomli roboty drogowe. To słowo mnie prześladuje już od początku wyjazdu. Uchylamy szyby i przez moje okno wlatuje jakis robal. Oglądam się do tyłu... nie ma go, pewnie wyleciał przez okno taty. Po 40 minutach Łomnica. Jestem tutaj 1 raz w życiu. Nagle aż zawyłem z bólu. Oglądam się za siebie a zza mojej podkoszulki wylatuje osa. Jasna cholera... co za piekielny ból. Jakoś wytrzymałem do parkingu. Tam szybko przemywam plecy wodą. Nienajlepszy to początek wycieczki... . No nic bierzemy plecaki i w górę. Już po paru minutach cholernie strome podejście. IMHO najbardziej w całym Beskidzie Sądeckim. Tata przejmuje ode mnie plecak. W końcu włazimy na Halę Groń. Pierwsza z hal na naszym dzisiejszym szlaku. Zaraz za nią Hala Skotarka, a z tej już 15 - 20 min. i Hala Łabowska. O schronisku nań była spora dyskusja na forum PTTK. Wtedy stanąłem po stronie zwolenników. Idę podbić GOT-a. Czekam 5 min... a tu nic! W końcu po 7-8 zjawia się jaśnie pani sprzedająca i stwierdza że ukradli im pieczątkę! Utwierdza mnie to w przekonaniu iż nie jest to przyjazne GOT-owcom miejsce. Gdyby było to przybiłaby mi pieczątkę firmową (każde schronisko ma takową ze swym NIP-em). To wszystko na oczach dzierżawcy - p. Mariusza Schabikowskiego. Dosłownie PRL panie! Wychodzę przed schronisko. Niby ładny widok, ale nie chce mi się pstrykać fotek. Jestem jeszcze zbyt wzburzony tym co stało się przed chwilą. Już wiem co zrobię... rąbnę o tym artykuł w e-Beskidach. P. "Schabik" będzie miał się w końcu z pyszna. Wracamy na ścieżkę. Wchodzimy w las bukowy. Rzadko zdarza mi się zachwycać roślinnością, ale to co tutaj zauważyłem jest przepiękne. W końcu (niestety) z niego wychodzimy i okazuje się że już przeszliśmy Wierch nad Kamieniem. Brakuje nań tabliczki o tym informującej. PTTK bądź PPK powinien coś z tym zrobić. Ładne widoki na Kotlinę Sądecką, za tą halą znów las, a w nim... 2 groby! Nigdy nie lubiłem cmentarzy... . Wychodzimy stamtąd i jeszcze jedna hala - tym razem Pisana. Super widoki na Wierch nad Kaminiem oraz Halę Łabowską i przepiękne Tatry! Tuż za lasem jeszcze piękniejsza panorama z Przeł. Bukowina. Stąd już niemal cały czas schodzimy. 1,5 h. później znów jesteśmy w Łomnicy. Całość zajęła nam jakieś 5 h. Turystów na całej trasie jak na lekarstwo (dużo zaś zbierających borówki). Wycieczka ekstra. Spodobało mi się zwłaszcza ostre, lecz widokowe podejście na Halę Łabowską. No, koniec godny prawdziwego mężczyzny (wg. Leszka Millera "poznaje się go nie po tym jak zaczyna [osa],ale jak kończy [wspaniała wędrówka]"). Po przyjeździe do Krynicy wyrzucam swoje wysłużone, dwusezonowe buty turystyczne marki Kasny. Tak kończy się ich ostatnia wędrówka. Od teraz z kolei każda następna wycieczka będzie dla mnie halowa, wszj do dyspozycji pozostały mi tylko halówki.



    19 lipca (dzień 13) - "Komórka na Huzarach"

    Po wczorajszej wyrypie trochę boli mnie staw skokowy. Jako bramkarz powinienem go oszczędzać, ale jak to zrobić kiedy wokół takie piękne góry?! Na rekonwalescencję przyjdzie czas nad morzem. Dziś dla odmiany ja dźwigam plecak. Za sanatorium ZNP "Huzar", skręcamy już na... Huzary! Gdzieś zawsze miałem do nich sentyment. Nie brałem dziś natomiast aparatu, bo i po co?! Prawie cały masyw Huzarów jest zalesiony także fotki byłyby w tym momencie pozbawione sensu. Idzie się nam dobrze, choć nie tak dobrze jak wczoraj. Przed wierzchołkiem Huzarów pierwszy łyk wody. Spoglądam na przełączkę. Jeszcze kilka lat temu wyborny punkt widokowy, a teraz skupisko drzew. Nic to kartografowie będą go rysować na mapie jeszcze przez kilka(naście) lat. Zaraz za wierzchołkiem spotykamy matkę z córką. Pierwsze osoby dziś! Czyżbyśmy byli ostatnimi "huzarami"? Nie! Za 10-15 min. spotykamy jakiegoś facia. Ma on do nas nietypową prośbę. Otóż prosi on o pożyczenie komórki. Ludzie muszą sobie na szlaku pomagać, więc podaję mu mojego Siemensa. Dzwoni do swojej żony (okazuje się nią być ta którą mijaliśmy wyżej). Po rozmowie chce nam płacić, ale wybijamy mu to z głowy. Jeszcze trochę i już jesteśmy w Tyliczu. Teraz trochę żałuję że jednak nie wziąłem aparatu bo widoki u dołu są nawet niezłe. Tylicz to duża wieś, lecz poprzez bliskość Krynicy zdetronizowana do rangi sołectwa. IMHO idealne miejsce na prowadzenie gospodarstwa agroturystycznego. Wracamy autobusem do Krynicy. Na kwaterze meldujemy się już o 11:55. Tak szybko to ja wędrówki jeszcze nie zakończyłem. Dlatego też po południu na Parkową chyba jeszcze pójdziemy

    20 lipca (dzień 14) - "2 w 1"

    Suma sumarum na Parkową nie poszliśmy. Takie z nas leniuchy . Chyba po raz pierwszy w moim życiu stanowić ona będzie główny cel wycieczki, ale to dopiero na pożegnanie - w niedzielę. Tymczasem planowaliśmy na dziś Bacówkę nad Wierchomlą, ale ostatecznie kierujemy się na Jakubik. Strasznie gorąco. Atmosferę horrorową potęguje zapach z... końskich gówien. W słońcu niezwykle dokuczliwy. W końcu Jakubik, ale w miejscu gdzie prowadzi szlak tabliczka "Teren prywatny - wstęp wzbroniony". Obeszliśmy to cholerne miejsce polami i w końcu znaleźliśmy się na właściwym szlaku. Kosztowało nas to pół godziny ekstra. Jedyny zysk to taki, że udało mi się sfocić Lackową i Busova. W lesie jest dużo przyjemniej niż na zewnątrz niego. Kurczę! Przed nami dwa żółte szlaki. Oczywiście wybieramy źle. Się okazuje że ten drugi to pozostałość po tym jak nie było "Terenu prywatnego". W końcu udaje nam się zejść "dobrym" żółtym szlakiem. Zapewne wiele osób w tym miejscu błądzi, a przecież wystarczyłaby jedna tabliczka. Z tego poszukiwania drogi zapomniałem zapamiętywać szczegóły drogi, tak więc jej opisu na BF i e-Beskidy nie będzie. Aaa tam... już 4 trasy beskidzkie i 4 tatrzańskie (na www.tatry.dl.pl) opisałem. Starczy. Po jakimś czasie wychodzimy na łąkę i... źle skręcamy. Kiedy szczajamy, że zmierzamy do Mochnaczki pniemy się polami pod górę, ale tutaj parów. Zawracamy i pierwotną ścieżką wbijamy na górę. Za pomocą lornetki dostrzegamy żółte znaki i w końcu udaje się nam zejść do Kopciowej. Jest 12:05. Koło nas śmiga (pomimo dawanych przez nas wyraźnych znaków) bus do Krynicy. Uprzejmość kierowcy na poziomie PRL. No cóż... przez to straci jego szef, a zarobi PKS Nowy Sącz.
    Co się odwlecze to nie uciecze. Tak głosi stara życiowa prawda i jest ona tak prawdziwa, że nie ma sensu z nią polemizować. Po raz kolejny okazało się też że południowcy - obojętnie skąd - to strasznie spontaniczni ludzie. Tak było też z nami (w końcu Podkarpacie leży na południu Polski ). Tak włóćzyliśmy się bez sensu po Krynicy, że z rozpędu weszliśmy na Górę Parkową z Przełęczy Roma. Oczywiście bez uprzedniego przygotowania. Półgodzinną trasę umilaliśmy sobie pogawędką o skokach narciarskich. To dlatego że przypomniało mi się jak z kuzynem śmigaliśmy się na jabłkach po tym terenie udając że jesteśmy skoczkami narciarskimi. On był Małyszem, a ja Hannavaldem. Ja miałem 10 lat, a on 11. Eeeeech... to se ne vrati! Na wierzchołku zjeżdżalnia pontonowa o której kiedyś pisałem newsa na e-Beskidy. Zeszpeciła ona cudowny widok z Góry Parkowej! PPK jest PK-iem, który krajobrazu nie chroni. To kolejny problem który za pomocą e-Beskidów trzeba nagłośnić. Media to jednak naprawdę IV władza! Schodzimy z Parkowej pod Pijalnię Główną. Wychodzi na to że zaliczyłem dziś 2 wycieczki w 1 dniu, ale Parkowa to tak naprawdę nieco wyżej położony spacer.



    21 lipca (dzień 15) - "Pierwszy deszcz w Beskidach"

    Wyjątkowo niespiesznie wyszliśmy z domu. Na szlaku byliśmy dopiero o 10:45. W końcu są wakacje, nie?! Znów pniemy się pod tą Przełęcz Krzyżową. To już czwarty raz w tym roku (3 razy na wakacjach + raz na feriach). Znam ją już na pamięć. Jest strasznie gorąco. Wyjątkowo zdjąłem z siebie koszulkę bo upał daje się tak we znaki, że szok. Zwykle tego nie robię, no ale cóż wolę obnażyć się niż umrzeć ! Szybko osiągnięta Przełęcz i skręcamy na szlak żółty. W przeciwieństwie do zeszłej niedzieli wybieramy dobrze i po chwili jesteśmy przy rozstaju dróg. Podejście od Drabiakówki na masyw Runka niby takie lekkie, ale siódme poty wyciska. Nie pijemy często, ale jak już to dużo. Powoduje to, że za Runkiem nie mamy już jednej butelki z wodą mineralną. W momencie kiedy ją dopijałem grzmotnęło. Od strony Pustej Wielkiej zachodzą ciemne chmury. Przyśpieszyliśmy kroku i po 2 h 15 min. od wyjścia z Krynicy byliśmy już w Bacówce nad Wierchomlą. To moje ulubione schronisko w całym Beskidzie Sądeckim. Spod niego jest chyba najlepszy widok z Pasma Jaworzyny Krynickiej na Radziejową (najwyższy szczyt całego Beskidu Sądeckiego), Rogacze i Złomiste Wierchy. Teraz niestety ten kierunek jest mocno zamglony, toteż jego fotki pokasowałem. W tym momencie rozpętuje się na polu prawdziwe piekło. Ulewa + pioruny. Wchodzimy do Bacówki. Mnóstwo ludzi i ta atmosfera jedności. Hah... w końcu jest wspólny wróg - deszcz! Po godzinie ustaje, ale "pierzaki" dalej wiszą nad schroniskiem. Decydujemy się na wyjście. Wraz z nami trzy inne osoby. Kierujemy się asfaltem do Szczawnika. Byłem i jestem (będę?) przeciwnikiem asfaltowania gór, ale w tym momencie błogosławię ten pomysł, gdyż pozwala mi uniknąć przemoczenia moich jedynych butów. W połowie drogi znów ulewa. Nic to... dalej idziemy do Szczawnika. W końcu mamy zawracać? Teraz?! Bez sensu! Dochodzimy do w/w wsi, a tam git słonće. Ja (w przeciwieństwie do taty) mam - o dziwo,
    wszka deszcz był naprawdę mocny - suchą koszulkę. To był nasz pierwszy, tegoroczny deszcz w Beskidach. Cóż i on jest potrzebny do życia. Zwłaszcza przyrodzie, która mizernie wygląda na halach



    22 lipca (dzień 16) - "Asfaltem do Muszyny"

    Gdy wczoraj schodziliśmy z Bacówki, planowaliśmy żeby ten dzień był rekreacyjny. Czy rzeczywiście tak było? Oceńcie sami. Wyszliśmy ot tak na luzaka. Bez plecaka itp. Gdy mijaliśmy przystanek spytałem czemu nie przystaneliśmy. Początkowo myślałem, że pojedziemy autobusem do Powroźnika i dopiero stamtą będziemy orować do Muszyny. No nic, skoro tak to całe 15 km rąbniemy na nogach. OK! Jak dla mnie może nie bomba, ale na pewno wporzo. Mijamy deptak w Krynicy. W muszli koncertowej gra jakaś orkiestra ale nie przygląda się jej zbyt wiele osób. Za deptakiem idziemy ul. Kraszewskiego, nie-uzdrowiskowym centrum Krynicy. Mijamy kościół ekumeniczny, tj. z jednej strony cerkiew, a zdrugiej kościół rzym.-kat., a oba w tym samym budynku. Dochodzimy w końcu do Powroźnika. Tutaj mój rodziciel wpada na pomysł żeby do Muszyny dostać się już autobusem. Jednak w przeciągu godziny takowych nie ma. Dlatego też dalej asfaltem do Muszyny. Po prawej rozciąga się boczna grań Jaworzyny Krynickiej, zaś z lewej grupa Góry Parkowej. Oba gniazda wyglądają ładnie, jak takie wielkie zielone kopy. Są naprawdę gęsto zalesione. Nie fociłem ich gdyż nie wziąłem aparatu. Idąc dalej przypominam sobie, że górski etap wakacji zawsze kończę "wyprawą asfaltową". Dwa lata temu były to Słotwiny, rok temu Powroźnik --> Tylicz. Pewnie wcześniej (regularnie tj. co pół rou w góry jeżdżę od 1996 r.) też tak było, ale jak bachor nie rejestrowałem tego w pamięci. Przechodzimy koło stacji PKP Powroźnik. Nigdy nie ukrywałem, że koleje są moją pasją nr. 3 (1. Turystyka (m.in. górska), 2. sport (zwł. piłka nożna). Toteż z zaciekawieniem patrzę na przetaczanie składu. Powroźnik pełnie funkcję stacji postojowej dla węzła krynickiego. Niedaleko stąd już Muszyna. Do centrum jednak troszkę daleko. Idę ulicą, którą pamiętam sprzed 3 lat. Wtedy były to jednak widoki okropne. Poprad zalał wszystkie te budynki. Ten przeraźliwy płacz ludzi... tego się nie zapomina. Dochodzimy w końcu do centrum Muszyny. Jakiś przyjezdny Słowak pyta się nas "kde je czerpadlo". Byliśmy pewni że chodzi o wiadro, ale coraz bardziej przekonujemy że to nie o to biegło. Please, jeśli ktoś wie to niech powie bo mnie to ciekawi. Po powrocie (autobusem) do Krynicy idziemy na obiad do Karczmy "Biesiadna Chata". Tu też przekonuję się jak wielkie możliwości daje identyfikator redakcji e-Beskidy.com, ale po kolei. Zamówiliśmy "michę pierogową" i prosimy o rachunek, pani kelnerka idzie po niego ale przychodzi właściciel firmy. Mówi on: "To na koszt firmy. Proszę odwdzięczyć się dobrą recenzją lokalu". Dopiero teraz zauważam ten identyfikator. Wobec tego polecam (szczerze bo pierogi prima sort) Karczmę "Biesiadna Chata". Krynica, ul. Piłsudskiego 28 (obok kina "Jaworzyna").

    23 lipca (dzień 17) - "Na pożegnanie Góra Parkowa".

    Po kościele, ok. 10:45 opuszczamy naszą kwaterę na amen. Samochód zapakowany. Idziemy do Pijalni Głównej, a potem na Parkową. Schodzimy z niej nieznakowaną ścieżką do Krynicy - Wsi. Coraz bardziej widzę jak ścieżka ta zarasta. Musieliśmy sami ją wydepytwać. A szkoda u dołu są supcio widoki ku Jaworzynie i Bukowej. Zeszliśmy na dół, zjedlismy żarcie w "Węgierskiej Koronie" i do parkingu. Ostatnim akcentem naszeg wyjazdu jest sankostrada, tzw. "letnie sanki". Było fajnie. Tym milszy wypad, że nieoczekiwany. O 14:50 bye Krynico. Jeszcze przez trochę towarzyszy nam Beskid Sądecki, potem Beskid Niski i góry kończą się na Pogórzu Ciężkowickim. Tu też przestaje odbierać moje ulubione radio "Złote Przeboje". O 18:00 jestem w domu i siadam do przepisywania relacji. Kończę ją dopiero w środę.

    Teraz mój popis liryczny. Postanowiłem że każdy dzień będę podsumowywał małym wierszem. Ułożyły się one w jeden duży poemat. Zapraszam do czytania. Wiersz czasem żartobliwy, czasem melancholijny, czasem gwarą góralską, częściej miejską nic wielkiego, ale chyba zgrabnie zbudowane. Każdej dobie odpowiada jedna zwrotka

    Krupówki, Krupówki
    Pikne te bulwary
    Łażą tutaj "mrówki
    Łażą i komary

    Chciałem wejść na Świnicę
    Niestety, wobec złej pogody
    Na Kasprowym chmury licę
    A w Zakopcu, idę do gospody

    Dzisiaj dzień regeneracji
    Weszliśmy na Gubałówkę
    I choć w górze nie brakło atrakcji
    To ja wolę graniówkę

    Zdobyłem Świnicę
    Rachunki wyrównane
    Popijając żętycę
    Patrzę na Zakopane

    Byłem dziś na Nosalu
    Dzielnie tam wchodziłem
    Ale wolałbym być na balu
    Bo Nosal kontuzją okupiłem

    Dziwne są te nozwy
    Tu Burdel, tam Stoły
    Pewnie by wpłyneły nań pozwy
    Lec to górolki tak ponazywoły

    Pikno jes Hala
    Ka sie miś chowo
    Tam scyty, śnieg kala
    To właśnie Kondratowo

    Wędrując pod chmurami
    W ten gorący czas
    Ścieżką nad Reglami
    Już wchodzimy w las

    Wyjeżdżam już z Tatr
    Słonecznej krainy
    W górze jeszcze wiatr
    W dole już niziny

    Byle do Kopciowej
    Obojętnie jak
    Ale już najzdrowiej
    Przejść się tak jak ssak

    Krynicka Jaworzyno
    Najwyższy tutaj szczycie
    Tysiące ludzi się przewiną
    Co marzyli o tym skrycie

    Hale, śliczne Hale
    Czemu zarastacie?
    Ja te drzewa spale
    Jak w banku to macie

    Marsz na Huzary!
    Jak rozkaz to brzmi
    By uniknąć kary
    Wchodzę! Jak dobrze mi

    Fatalne oznakowanie
    Drogi do Kopciowej
    Poraża mnie
    A bywało już gorzej

    Nad Wierchomlą jest bacówka
    Trochę drewna - nic szczególnego
    Tu bufet, tam polówka
    Lecz za nic nie oddałbym tego
    --

    Wojtek Bajak
    "Tatry i Beskid Sądecki"

    PS: Relację w fotki będę uaktualniał stopniowo, bo długo schodzi.

    Urlop w gospodarstwie agroturystycznym - dlaczego warto?

    Wielu turystów rezygnuje z urlopu w zatłoczonych kurortach i wybiera się odpocząć na wsi. Agroturystyka staje się coraz bardziej popularna, powstają nowe obiekty agroturystyczne.

    Wakacje na wsi mają wiele zalet. Turystów kusi przede wszystkim niska cena w porównaniu z pobytem w hotelach, czy pensjonatach.

    Dużym plusem jest też zdrowe jedzenie, które oferowane jest w obiekcie. Posiłki przygotowywane są tylko z własnych płodów rolnych. Podczas takich wakacji można wypić mleka prosto od krowy, zjeść twaróg i masło domowej roboty, świeże jaja, swojską wędlinę i domowe konfitury. Coraz więcej polskich gospodarstw przestawia się na rolnictwo ekologiczne i stara się o certyfikat Europejskiego Centrum Ekologicznego (ECEAT).

    Gospodarstwa agroturystyczne usytuowane są w czystym, nieskażonym otoczeniu, z dala od miast i dróg. Największą ofertę pobytów agroturystycznych mają: Beskidy, Kaszuby, Warmia i Mazury, Podlasie oraz Małopolska.

    Zazwyczaj w gospodarstwach są bardzo funkcjonalne kwatery. Turyści mogą wybierać miejsca o różnym standardzie. W ofercie są kwatery, które poza sezonem użytkują domownicy, a także samodzielne mieszkania. Do celów agroturystyki właściciele adaptują strychy, stodoły, dawne młyny lub leśniczówki. Zagospodarowują też otoczenie, budują baseny, altanki, miejsca na grill, ognisko i boiska.

    Większość miejsc nastawionych jest na wypoczynek rodzin z dziećmi. Prawie na wszystkich podwórkach znajdują się huśtawki i piaskownice. Są także gospodarstwa, które powstały specjalnie dla miłośników koni, wędkarzach, czy myśliwych. Istnieją też gospodarstwa, które mają oryginalne specjalności, jak: uprawa ziół, produkcja wina, trening chodzenia po rozżarzonych węglach, strzelanie z łuku lub loty balonem.

    Zazwyczaj gospodarze są sympatyczni, otwarci i tworzą rodzinną atmosferę.

    Beskidy oferują ciszę, spokój i zapewniają wędrówki po górach wśród drewnianych świątyń i łemkowskich wsi. Do najbardziej popularnych miejscowości wypoczynkowych należą: Ustroń, Krynica, Brenna, Zawoja i Wisła. Natomiast w Istebnej, Jaworzynce i Koniakowie, czyli beskidzkiej trójwsi można zobaczyć drewniane chałupy, owce na halach oraz słynne koronki. Już od wieków koronczarstwem zajmują się tam wszystkie gospodynie i nawet kilku gospodarzy. Atrakcją Rytro są ruiny zamku zbudowanego z łez księżnej Kingi, natomiast Komańcza skłania do refleksji u Nazaretanek, czyli w miejscu odosobnienia kardynała Stefana Wyszyńskiego.

    Właściciele, w celu przyciągnięcia turystów, oferują oprócz łóżka wiele innych atrakcji. "Promyczek" w Brennej znany jest z doskonałej kuchni, natomiast Zajazd "U Brzezinów" w Cisownicy urządzono wokół chałupy z 1923 roku, w której znajduje się pełno starych sprzętów. Kukuczkowie w Istebnej prowadzą prawdziwe górskie gospodarstwo. Na zachodnim krańcu utworzono "Swystowy Sad", gdzie są huśtawki dla dzieci, w pokojach stare meble oraz pożółkłe fotografie, a na stołach konfitury. Wystrój wnętrza oraz kuchnia przypominają o dawnych łemkowskich właścicielach. Można również tam karmić kury i kozy, pomagać w pasiece, a także jeździć konno w Hańczowej.

    Na rynku w Suchej Beskidzkiej znajduje się najsłynniejsza polska karczma, gdzie, jak głosi legenda, Pan Twardowski przegrał zakład z diabłem. Nazwy oferowanych potraw nawiązują do folkloru.

    Na terenie Kaszub są góry, nadmorskie plaże, ciche jeziora, cieniste bory oraz liczne zabytki. Legenda mówi, że Pan Bóg tworząc świat, obdarowywał poszczególne krainy różnymi dobrami. Jednak o Kaszubach przypomniał sobie dopiero, gdy zakończył swoje dzieło. Wówczas z wielkiego worka wysypał to, co mu pozostało. Dlatego też Kaszubi dostali każdego bogactwa po trochu.

    Współcześni Kaszubi już coraz rzadziej utrzymują się z uprawy roli i rybołówstwa, natomiast coraz częściej z turystów. Najlepiej przygotowane na turystów są Bory Tucholskie, gdzie znaleźć można mnóstwo kwater oraz wypożyczalnie sprzętu wodnego. Główne ośrodki wypoczynkowe Borów to Charzykowy i Swornegacie. Jednak najpiękniejsza i najcichsza jest Szwajcaria Kaszubska. Ostrzyce to 700-letnia miejscowość z ładnym kąpieliskiem. Organizowane są tam rejsy wycieczkowe po jeziorze.

    Na Kaszubach, we Wdzydzach Kiszewskich znajduje się też najstarszy w Polsce skansen. Latem odbywają się tam pokazy plecionkarstwa oraz haftu. Obok skansenu jest minizoo i karczma "Wygoda" z kluskami ziemniaczanymi i racuchami drożdżowymi.

    Na Podlasiu można samemu zrobić gliniany garnek lub miskę, wykuć podkowę na szczęście, wystrugać łyżkę, utkać wełniany chodnik lub upiec razowy chleb. Już za Białymstokiem zaczynają się lasy Puszczy Knyszyńskiej, gdzie znajdują się nostalgiczne wioski z warsztatami, jakich nigdzie indziej nie ma. W Czarnej Wsi Kościelnej zachowała się tradycyjna kuźnia.

    W pobliżu Suwałk, w Piertaniach można upiec chleb. Natomiast we wsi Tartak jest gospodarstwo agroturystyczne, które uchodzi za prawdziwą akademię kuchni regionalnej. Mleko na masło trzeba nadoić samemu, a następnie ubić je w drewnianej maselnicy. W okolicach Janowa wyrabiane są dwustronne wełniane tkaniny. Można też spróbować swoich sił w tkaniu.