Przykro nam, strona o podanym adresie nie istnieje.

Sprawd, czy wpisae poprawny adres strony, lub skorzystaj z katalogu lub wyszukiwarki.



Copyright 1996 - 2006 Grupa Onet.pl SA - zobacz wszystkie serwisy »

  • Czytasz wiadomości wyszukane dla frazy: agroturystyczne na Mazowszu
  • 1. Purda (30.05-01.06.2008)

    Ooo,Mazowsze zagościło na Warmii i Mazurach
    Zrobiłem dziś rekonesans w gospodarstwach agroturystycznych w pobliżu i wiadomości nie są sprzyjające pomimo moich wcześniejszych/chociaż lużnych/uzgodnień.
    Wszędzie jest już część miejsc zajętych.Definitywnie do 20 marca trzeba się zadeklarować bo chętnych wciąż przybywa.
    Gosp.1-odpada przyjazd z jakimkolwiek psem.
    Gosp.2- 11 miejsc z możliwością zakwaterowania części osób w pokojach noclegowych w sąsiedniej wsi/gospodarz dowiezie i przywiezie/Cena 35 zł od osoby za nocleg,obiad w cenie 25 zł/
    Gosp.3-i tu bomba,gospodyni orzekła,że biedoty nie przyjmuje/robią sami wędliny bo nie stać ich na kupno w sklepie,to bidota panie bidota/Odjechałem jak niepyszny i nawet jej nie wyprowadzałem z błędu.

    Do 20 marca muszę wiedzieć co powiedzieć.
    w gosp.2.

    pozdrawiam i czekam

     

    strona internetowa miasta

    Cytat:http://piastow.pl/wazne_linki

    Pomijając fakt iż wg mnie nie wszystkie te linki dla szarego Kowalskiego są ważne stwierdzam że:

    Serwer Warszawy i Mazowsza
    http://www.warszawa.org.pl

    zakończył już dawno swój żywot, bo domena jest na sprzedaż

    Portal Regionalny Mazowsze
    http://www.mazowieckie.pl

    ja bym powiedział że to strona MUW w Warszawie a nie jakiś Portal Regionalny

    Serwis informacyjny dla osób niepełnosprawnych mieszkających w Pruszkowie i okolicy
    http://www.idn.org.pl/Pruszkow/

    strona nie jest aktualizowana od kwietnia 2006 jaki więc z niej pożytek...

    Nieoficjalna strona Ursusa
    http://www.ursus.prv.pl

    strona baaardzo nieoficjalna, tak bardzo że nie ma tam chyba słowa o Ursusie ale za to możemy poczytać o majówce w Darłówku, feriach w Zakopanem czy kursie jogi w Lanckoronie



    Brawo admin chyba czyta forum bo wniesiono poprawki z tym że ja będę się czepiał strona

    Serwis informacyjny dla osób niepełnosprawnych mieszkających w Pruszkowie i okolicy
    http://www.idn.org.pl/Pruszkow/

    Nie zawiera absolutnie nic oprócz informacji i jej autorach, reklamy telewizji kablowej oraz adresu gospodarstwa agroturystycznego w Młochowie. Reszta linków na tej stronie dawno umarła

    Mazowieckie Klimaty - Dni Mazowsza w Warszawie



    14-15 czerwca 2008

    Każdego roku w jeden z czerwcowych weekendow Sejmik Wojewodztwa Mazowieckiego zaprasza mieszkańcow stolicy do Łazienek Krolewskich. To czas i miejsce prezentacji dorobku ziemi mazowieckiej.

    W alejkach parkowych – przedstawiają się samorządy powiatowe, organizacje turystyczne i gospodarstwa agroturystyczne, artyści amatorzy i zawodowcy. Na scenach Amfiteatru i Pod Lipą, przed Pałacem Na Wyspie i na dziedzińcu Ogrodu Rożanego – występują laureaci mazowieckich konkursow i przeglądow artystycznych. W Starej Pomarańczarni – można zobaczyae wystawy fotograficzne. Zespoły ludowe i wykonawcy muzyki klasycznej, orkiestry dęte i wiejskie kabarety, opowiadacze bajek i grupy taneczne, artyści ludowi i profesjonalni graficy – przyciągają uwagę spacerowiczow.

    W 2007 roku przed gośaemi Łazienek zaprezentowali się także laureaci mazowieckich konkursow i przeglądow artystycznych. Mazowieckie Klimaty – organizowane od 2002 roku – to wielobarwna mozaika żywej kultury regionalnej.  » 

    Read more...

    Foto gra

    może to nie jest typowy domek z ogródkiem, ale czyż nie jest pięknie...?



    poproszę o łzy... mogą być szczęścia

     

    Porody, połogi naturalne, spotkanie z Matkami-naturalistkami

    Cytat:Planowane spotkanie w czasie 'majówki' 2009 w gospodarstwie agroturystycznym "Pod Lasem" we wsi Rekowo około 35km od Morza Bałtyckiego i około 30km od Koszalina.
    Miejsce i czas spotkania (edukacyjno-informacyjnego) może ulec zmianie lub mogą pojawić się dodatkowe terminy w innych miejscach.
    Jakieś propozycje co do spotkań(-nia)?



    Gdyby dało się zorganizować coś takiego na Śląsku, albo na Mazowszu, to byłoby wspaniale.

    A czy możliwy jest jakiś wcześniejszy termin?

    I jeszcze wstępny program spotkania (mam na myśli głównie tematy, które zostaną poruszone) też byłby mile widziany (to tak z czystej kobiecej ciekawości )

    Szukamy reginalnej pamiątki

    Kłobuk to imię słowiańskie (starosłowiańskie), tak jak Boruta Na Kaszubach obecny pewnie za sprawą Pomorzan, wczesniej niz u nas (oni maja prawo "pierowkupu"), w okolice Olsztyna przywedrował pewnie wraz z mazowciekim osadnictwem. Widać na maciezystym gruncie trwalej sie zadomowił niż wśród Mazurów (na dodatek ci mocno przetrzebieni).

    Starosłowiańskie imiona wyszły juz w dużej częsci z obiegu. Zostały tylko przy baśniowych postaciach, tak jak Kłobuk, Kusy, Boruta. Możliwe, że jakiś ucieleśniony Boruta czy Kłobuk szkód wiele sąsiadom zrobili... potem stopniowo przeszli do legendy.

    Kłobuk jako pamiątka z Warmii i Mazur byłby sensowny. Zawierałby w sobie nieco historii tej ziemi: migracje i kolonizacje idące z Mazowsza już od XV wieku, PRL-owskie wypędzienie Mazurów i Warmiaków itd.

    Ale większej szansy nie widzę. Za słabe ukorzenione i za słabo związane z nasza ziemią. Warto jednak dorzucić do grona regionalnych pamiątek. Boć i tak juz jest

    Ale jesli odwoływac się do warmńskiej czy mazurskiej tradycji, Kłobuk powinien byc raczej pod postacią koguta (może dla wzmocnienia agroturystyki?). I trzeba sięgna po nasze bajki i basnie, spisane przez olsztyniaków po wojnie.... choć sami przybyli (zostali wypędzeni) z innej ziemi, tej za Bugiem.

    Kolejka Starachowicka w... WOJEWÓDZKIM PROGRAMIE ROZWOJU

    Kolega Piotr Peszek, szperając w sieci w związku z wykonywanym projektem, znalazł taki dokument:
    SEJMIK WOJEWÓDZTWA MAZOWIECKIEGO
    WOJEWÓDZKI PROGRAM ROZWOJU REGIONALNEGO MAZOWSZA
    NA LATA 2001 – 2006
    WARSZAWA, CZERWIEC 2002

    w rozdziale dotyczącym:
    Działanie 7: Rozwój funkcji turystyczno-wypoczynkowych
    obok wykorzystania doliny Liwca, zagospodarowania regionów nadwiślańskich czy rozwoju agroturystyki, jako zadanie 6 mozemy znależć:
    6.Uruchomienie zabytkowej kolejki wąskotorowej na trasie Iłża – Starachowice (przewozy turystyczne).
    Koledzy, co Wy na to? Bo ja jestem trochę zaszokowany.
    Przypominam, że Iłża leży jeszcze w województwie mazowieckim. Starachowice już w Świętokrzyskim.
    Moim zdaniem jest to ogromna, ogromna szansa dla kolejki, którą możemy wykorzystać.

    Zdjęcia Naszych Koni

    Madzia Twój Hamit na żywo prezentuje się jeszcze lepiej niż na zdjęciach :D Miałam okazję chłopaka widzieć jak zwiedzałam gospodarstwa agroturystyczne na Mazowszu w ramach jednego z przedmiotów :wink: Łapie za oko

    Przywrócić ujście Świdra?

    tak na szybko:
    http://www.linia.com.pl/i...d=17&w=302&p=01

    W latach 70. na deskach krelarskich "Hydroprojektu" powstał projekt pod tytułem "?wider-bis". Pomysł, by dotychczasowe ujcie rzeki do Wisły zamkn?ć, a nurt skierować równolegle wzdłuż skarpy, przez jezioro Łacha, i dopiero na wysokoci Wawra pozwolić ujć rzece ?wider do Wisły. Odcinek 16 km miałby być miejscem, gdzie znaj-d? się liczne k?pieliska, plaże, małe gastronomie i orodki sportowo-rekreacyjne, gdzie mieszkańcy Warszawy znajd? miejsce do wypoczynku w soboty i niedziele. Przecież wszystkie duże, europejskie miasta id? w tym kierunku. W Wiedniu na zakolach i starorzeczu Dunaju pobudowano liczne orodki wypoczynkowe. Do Paryża, na betonowe wybrzeże Sekwany, przywozi się żółty piasek i tworzy plaże. Najwyższy więc czas, by Warszawa co podobnego stworzyła dla swoich mieszkańców.
    Co prawda od kilku lat starym pomysłem utworzenia "?widra-bis" zajmuje się SGGW z profesorami Jackiem Damięckim i Janem Szyszko na czele. Ich projekt jest jednak bardziej rozbudowany. Naukowcy planuj? wybudować pieszy most od ul. Bartyckiej w Warszawie, przez Wisłę, do okolic Radoci. Wnioskuj? też, by pobudować na rzece 11 stopni wodnych, dzięki którym woda zostanie podpiętrzona na wysokoć ok. metra, co zatrzyma niszcz?cy proces erozyjny.
    Istnieje też duża energia społeczna, skierowana na ratowanie doliny i rzeki ?wider. Szereg działań i akcji podejmuje Stowarzyszenie Przyjaciół Rzeki ?wider, z jej prezesem Krzysztofem Jasińskim. Działaj? dwa kluby ekologiczne: "Otwockie Sosny" i "Kołbielskie Krajobrazy". Aktywni mieszkańcy gminy Siennica: Zbyszek Nowosielski w Ptakach i Janusz Rewiński w Dzielniku chc? utworzyć strefę przyrodniczo-krajobrazow? i nadać dolinie ?widra specyficzny charakter: – Wspierani przez Urz?d Gminy w Siennicy, zamierzamy wytyczyć szlak turystyczny od pałacu w Dłużewie, poprzez jedyn? na Mazowszu społeczn? szkołę, górę Wólczańsk? i szlakiem 7 młynów, aż do dobrze zachowanego obiektu w Kiczkach. Ta strefa powinna być pełna gospodarstw agroturystycznych i miejsc do wypoczynku.
    W Woli Karczewskiej znajduje się też nieĄle zachowany i – co ważne – z pełnym wyposażeniem młyn, którego właciciel jest skłonny oddać go na rzecz Stowarzyszenia Przyjaciół Rzeki ?wider, zamierzaj?cego przenieć obiekt na wyspę Sępochowsk? i uruchomić w nim muzeum kultury młyńskiej. Najskrytszym moim marzeniem jest, by na rozległym terenie obok pałacu Zamoyskich w Kołbieli utworzyć skansen kołbielskiej tradycji. Postawić kilka chałup, stajnię, stodołę, studnię, gospodę... Jest to ostatni moment, gdyż już niebawem budynki te zostan? rozebrane, albo po prostu się zawal?, a dawne narzędzia znajd? się na mietniku.
    Proponuję też utworzyć porozumienie gmin, przez które przepływa ?wider, więc: Latowicza, Siennicy, Kołbieli, Wi?zowny, Otwocka i Józefowa. Maj?c tak? siln? reprezentację samorz?dow? można wiele zdziałać, choćby to, by przekonać władze Warszawy i namówić do współpracy przy realizacji przedsięwzięcia SGGW i "Hydroprojektu".
    Na dzień dzisiejszy jednak najważniejsza jest poprawa jakoci wody. Wiadomo, że nieczystoci gospodarskie spływaj? bocznymi rzeczkami i strumykami do ?widra. Nie ma, niestety, możliwoci finansowych, by wszystkie wsie w dolinie rzeki skanalizować. Należy więc sprawdzić, które wsie najbardziej brudz? wodę i wybudować w nich kanalizację. Można oczekiwać wówczas, że po 2, 3 latach jakoć wody poprawi się, co da szansę uzyskania rodków finansowych z programów unijnych.
    Mam nadzieję, że wszystkie nasze plany i projekty zostan? zrealizowane i rzeka ?wider znów się zarybi, a dolina tętnić będzie życiem i stanie się znowu wspaniałym miejscem do wypoczynku

    [ Dodano: 2005-10-31, 14:44 ]

    Wypad z Warszawy. Zalew Zegrzyński

    "Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie" - mówi stare porzekadło, które chyba najlepiej oddaje naszą wiedzę o podwarszawskich okolicach. A przecież, by tak naprawdę wypocząć, nie trzeba od razu jeździć w dalekie i odległe kraje. Czasami wystarczy wybrać się gdzieś zupełnie blisko, dosłownie o rzut kamieniem.



    Nad Zalewem
    Mało która z europejskich stolic posiada tak dogodne warunki - z punktu widzenia masowej turystyki i rekreacji - jak Warszawa. Wielowiekowe procesy urbanizacyjne rejonów okołostołecznych pozbawiły wszystkie bez wyjątku metropolie nieskażonego i niemal nietkniętego otoczenia. Nasze cywilizacyjne zapóźnienie, na które tylekroć narzekaliśmy, teraz jawi jaki jako poważny atut jednej ze stolic zjednoczonej Europy.



    Na zachód od Warszawy rozciąga się Puszcza Kampinoska, jedna z niewielu już ostoi pierwotnego lasu pokrywającego niegdyś bez mała cały kontynent. Od północy zaś, niemal do rogatek miasta przylega przepięknie położony i mający jeszcze wiele niewykorzystanych możliwości rejon Zalewu Zegrzyńskiego. Atrakcyjne położenie Warszawy stwarza naprawdę rzadką gdzie indziej szansę prostego "wyjścia" z rekreacją poza miejskie kluby fitness, siłownie i hale sportowe. Osobiście namawiam do spędzania wolnego czasu w lesie i nad wodą, szczególnie tam, gdzie nie ruszyły jeszcze ambitne plany strukturalnych inwestycji. Są to miejsca wprost wymarzone do wypoczynku, nawet tego kilkudniowego, do którego okazji w naszym polskim kalendarzu nie brakuje.

    Zalew Zegrzyński to miejsce pełne różnego rodzaju atrakcji. Na żeglarzy i wodniaków czeka szereg marin i coraz lepiej przygotowanych do ich obsługi portów. Można z powodzeniem zacumować w Białobrzegach, Nieporęcie, Zegrzu czy Serocku i całkiem niedrogo wypożyczyć sprzęt wodny: kajaki, żaglówki, deski etc. Na miejscu można także podjąć próbę nauki korzystania z tego sprzętu. Najważniejsze jest jednak to, że wcale nie trzeba nad Zalew dojeżdżać codziennie z Warszawy. Wśród szerokiej oferty miejscowych ośrodków wypoczynkowych, hoteli i gospodarstw agroturystycznych można z powodzeniem znaleźć coś na każdą kieszeń. [KL]

    NIEPORÊT
    Miasto lokowane w 1484 roku. Znajdujący się w pobliżu drewniany zameczek myśliwski był ulubionym miejscem pobytu Zygmunta III Wazy, później Władysława IV, a po jego śmierci miejscem - jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli - sztabu wyborczego Jana Kazimierza, którego kontrkandydatem był rezydujący w Jabłonnie biskup włocławski i płocki Karol Ferdynand. Miejscowy kościół pw. św. Mikołaja stanowi votum dziękczynne zwycięskiego kandydata do tronu polskiego.

    POPOWO
    Znajduje się tu architektoniczna perła Mazowsza - fantazyjny neogotycki pałac wzniesiony w XIX wieku przez Edmunda Skrzyńskiego, gdzie obecnie mieści się ośrodek wypoczynkowy Ministerstwa Sprawiedliwości. Tradycje wypoczynkowe Popowa sięgają początków wieku XX, kiedy to ówczesny właściciel pałacu podjął decyzję o przebudowie obiektów folwarcznych na pokoje dla letników.

    PUŁTUSK
    Gród znany już w XI wieku. Później należał do biskupów płockich, którzy władali nim aż do rozbiorów. W 1257 roku jako drugie po Płocku miasto na Mazowszu otrzymało prawa miejskie. Ważne centrum handlowe średniowiecza złupione i spalone przez najazd litewski Kiejstuta w 1368 roku. "Złote lata" miasta przypadają na XV i XVI wiek, kiedy działała tu nawet filia Uniwersytetu Krakowskiego. Ośrodkiem miasta jest najdłuższy w Polsce ponad półkilometrowy rynek o zwartej klasycystycznej zabudowie. Najważniejszymi zabytkami są kościoły: pw. Zwiastowania NMP i św. Mateusza (1443) przebudowany w II poł. XVI wieku przez Jana Baptystę Wenecjanina, św. Krzyża (1531), św. Piotra i Pawła (1717), św. Józefa (1640) oraz zespół wielokrotnie przebudowywanego dawnego zamku biskupiego, w którym obecnie mieści się Centrum Polonii.

    SEROCK
    Gród znany już w XI stuleciu. Ważny ośrodek handlowy. Stolica powiatu ziemi zakroczymskiej. Miejsce sądów ziemskich. Pierwsza wzmianka o istnieniu tutejszej parafii pochodzi z drugiej połowy XIV wieku. Zachował się późnogotycki kościół fundacji Janusza i Stanisława, ostatnich książąt mazowieckich, wzniesiony staraniem księdza W. Popielskiego w latach 1512-35.

    ZEGRZE
    Osada targowa wzmiankowana już w XIV wieku. Od połowy XVII wieku przez dwa następne stulecia własność rodu Krasińskich. Odkupiona od nich przez rząd carski z przeznaczeniem na budowę twierdzy osłaniającej umocnienia Modlina i Warszawy (1883). Dobrze zachowały się umocnienia fortu Ordon oraz oficerskie kasyno - dawny pałac, w którym obecnie mieści się ośrodek wypoczynkowy PAP.

    Statek uzbrojony "WYSPIAÑSKI"
    Wojenne losy "marynarzy słodkich wód", czyli rzecznych flotylli Wisły i Pińska, dzięki ostatnim publikacjom znane są coraz lepiej, nie trzeba więc ich specjalnie przypominać. Natomiast zdecydowanie mniej wie się na temat zmagań na rzekach w czasie wojny z Rosją Radziecką w 1920 roku. Niewielu już pozostało świadków tamtych zmagań, a wojenny sprzęt oglądać możemy w zasadzie wyłącznie w muzeach. Są jednak wyjątki - jeden z zabytków, choć w straszliwie zmienionej postaci, zachował się nad Zalewem. Jest nim ex-statek uzbrojony "Wyspiański".

    Zbudowany w Linzu na zamówienie cesarsko-królewskiej galicyjskiej administracji wodnej, został przewieziony koleją w częściach i zmontowany w 1903 roku w Krakowie. Po wybuchu wojny holownik "Krystyna" zmobilizowany i uzbrojony patrolował Wisłę. Swą służbę zakończył w II Dywizjonie Flotylli Wiślanej ewakuując rodziny wojskowe z zagrożonego przez bolszewików Modlina do Torunia. Rozbrojony w 1921 roku i zwrócony administracji wodnej. Po przebudowie trafił do Państwowego Zarządu Wodnego w Płocku. Używany przez Niemców po wojnie trafił do PZW Warszawa, gdzie pływał jako holownik. W 1955 roku przekazany Żegludze na Wiśle w Warszawie zmienił nazwę na "Dunajec". Po skreśleniu z listy jednostek w 1963 roku ze statku usunięto maszynę parową, kocioł i tambory, czyli osłony bocznych kół łopatkowych. Przebudowano także nadbudówki przystosowując statek do pełnienia roli hotelu i przystani. W 1965 roku przeholowany został do Nieporętu nad Zalewem Zegrzyńskim jako przystań Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego. Istnieje do dziś, lecz mało kto zdaje sobie sprawę z jego dawnej bohaterskiej przeszłości. [M.W]

    Zapraszamy do zapoznania się z całym przewodnikiem "Nad Zalewem"
    http://magazynswiat.pl/zalew/index.php

    Wybieramy się na kajaki w niedzielę 17.08 ?
    Są chętni ?

    dojazd:
    http://forum.niesmialosc.net/viewtopic.php?t=2367

    Jacy ludzie uczą nas jeździć?!

    Wygląda an to, że przepiszę artykuł, bo coś mi nie idze z wstawieniem skanu na jakikolwiek serwer tak, żeby dało się to przeczytać. No cóż... więc zaczynam:

    Jarosław Szczepaniak
    "Mazowieckie i moje westernu początki"

    Mam tę świadomość, że ruch westernowy na Mazowszu zaczął się za wydmami w Dębkach, nad naszym polskim morzem.

    Powienienem właściwie zacząć od moich jeździeckich początków, ale to było tak dawno, że sam już nie pamiętam jak wyglądały. Powiedzmy, że jeździłem i już. Od dziecka ciągnęło mnie do długich strzemion, galopdu w dosiadzie, kłusa ćwiczebnego itd. Reasumując, nie była to klasyczna jazda konna. Moje pociechy też przyuczałem jakoś tak na luzie, bez kolan przyciśniętych do poduszek siodła, a jak usłyszałem, że bardziej pasuje im jazda na oklep, to się nawet nie zdziwiłem, bo w młodości też taki sposób jazdy preferowałem. Jeszcze nie mieliśmy własnych koni, wykorzystywałem więc każdą okazję, żeby posiedzieć w siodle (a raczej kawaleryjskiej kulbace) i być szczęśliwym.

    Aż nadszedł rok 1996. W lipcu, jak co roku pojechaliśmy naszą trójką do ulubionych Dębek. Leżymy sobie z synem, jak te leniuchy, na plaży, a córa buszuje w lesie. Nagle wraca do nas na plażę i oznajmia, że za wydmami są konie. Szybko się tam udaliśmy i naszym oczom ukazało się cudo. Nie wiem jak to się stało, ale cała trójka gapiła się tylko na jednego zwierzaka (choć były tam dwie sztyki i - dodatkowo -ich nadobna opiekunka). Ten konik, który zawładnął wszystkimi naszymi zmysłami, zapewne w poprzednim wcieleniu hasał po niezmierzonych preriach USA. Właśnie tak wyobrażałem sobie mustangi. Jego miano też pachniało Ameryką. Al Capone - mały, zwrotny, niewywrotny. Jeszcze tego samego dnia miałem okazję pojeździć na tym cudzie natury. Potem moje dzieci, i tak codziennie, do końca pobytu. Potem nastąpił powrót do Warszawy oraz krótka przerwa na konieczne zabiegi przygotowawcze do następnego wypadu i na początku sierpnia pojechaliśmy w Bieszczady, do Polany, na obóz jeździecki. Tam było bardziej w wydaniu indiańskim. Miszkaliśmy w tipi (nawet ogniska w środku można było palić), jeździliśmy na oklep na kochanych koniach huculkich i byliśmy prawie szczęśliwi. Prawie, bo na tych "preriach bieszczadzkich" brakowało nam tylko tego nadmorskiego cudu z kopytami.
    W połowie sierpnia potuptaliśmy z końmi na Piknik Cuntry do Ustrzyk Dolnych. Jezu, co tam się działo! Wiedziałem oczywiście wcześniej o ruchu westernowym na południu Polski, ale jakoś nie docierało do mnie, że można tak sobie "na żywca" w tym uczestniczyć. Okazało się, że można. Jeszcze nie jechalem w kowbojskiej kulbace, a już widziałem Al Capone'a ubranego w rząd westernowy, galopującego pode mną przez bieszczadzkie połoniny.
    Dobiły mnie moje własne pociechy. W ferworze piknikowym, po jazdach konkursowych, dopadły mnie takiego rozmarzonego i jedno przez drugie zaczęło wykrzykiwać, że teraz to już tylko siodło kowbojskie, tylko Al Capone, bo inaczej nie można.
    Zaraz po powrocie do domu zacząłem czynić starania. Już na początku września nadmorskie cudo było moje! Tak przy okazji, córka też stała się posiadaczką bardzo fajnego konika. Przy pierwszej wizycie w bazie cyrkowej w Julinku, gdzie stacjonował Capone, wpadł jej w oko kary ogier o wdzięcznym imieniu Alf. Kiedy go zobaczyła mogłem naocznie przekonać się, jak wyglądała żona niejakiego Lota. Zamarła z oczami wlepionymi w tego ślicznego czarnuszka, a ja już wiedziałem jaki preent szykuje się w rodzinie na najbliższą Gwiazdkę.

    Początki naszego westernu zaczęły się rodzić. Że będzie to jazda jakakolwiek inna, nie było nawet mowy. Załatwiliśmy siodła kowbojskie w Pleszewie i zaczęliśmy się uczyć jeździć. Na początku tylko dla przyjemności, ale później ta przyjemność została wyparta przez konieczność. Dostałem wymówienie z pracy i groziło mi bezrobocie.
    Znajomy pokazał mi fantastyczne miejsce w Warszawie na Bemowie, gdzie można było zorganizować klub jeździecki. Po wielu staraniach, trudnościach oraz kłodach rzucanych pod nogi i kopyta, 1 kwietnia 1997r. otworzyliśmy w Lasku Bemowskim pierwszy na Mazowszu Klub Jeździecki "Western" - bo jakże inaczej mógł się nazywać ten twór naszego uporu i starań.
    Zaczęło się wertowanie materiałów dotyczącyh westernu, Dzikiego Zachodu, życia Indian i kowbojów. Jeszcze w kwietniu, w prezencie urodzinowym, syn dostał konika, którego ochrzciliśmy imieniem Argon - tak więc cała stawka naszych koni miała imiona zaczynające się od pierwszej litery alfabetu.
    Dalej to już poszło siłą rozpędu. Fajny teren, fantastyczny dojazd do klubu, multum młodzieży i - co najważniejsze - wreszcie chłopcy zaczęli się garnąć do jazdy konnej. Po długiej, bardzo długiej przerwie nowy styl zaczął wywierać na młodych i starszych facetów zbawienny wpływ - w stajni pojawiało się ich coraz więcej. Pomalutku, z miesiąca na miesiąc, klub rozwijał się coraz prężniej. Przybywało koni, sprzętu i wszystko kręciło się wokół westu. Sami szyliśmy czapsy i kamizelki kowbojskie. Wszystkie drobiazgi były starannie dobierane w stylu, żeby było kowbojsko i odlotowo. Monty Roberts dostarczył nam wskazówek, jak bezstresowo układać konie. Sprawiliśmy sobie i zwierzętom całkiem profesjonalny roundpen i nagle okazało się, że to co robimy naprawdę ma sens. Nigdy przedtem nie miałem takiego kontaktu z końmi, nie czułem takiej więzi, jak wtedy na Bemowie. Nie oznacza to, że wcześniej byłem dla koni jakimś bezdusznym macho, alepoczułem dla nich szacunek. Kochałem je zawsze, a tam dodatkowo doszło uczucie silnej więzi i wzajemnego zrozumienia. Całe dnie spędzane w bliskości tych wspaniałych zwierząt dawaly mi poczucie nowych wartości, których nie dane mi było wcześniej zaznać. Dopiero wtedy zrozumiałem, jak mogli czuć się kowboje pracujący na grzbietach swoich koni.
    W dalszym ciągu złaknieni byliśmy wiadomości o, nowym jeszcze i niedocenianym w Polsce, stylu jazdy. Ciągłe rozmowy z ludźmi, którzy mieli jakąś wiedzę o westernie, oglądanie filmów, magnetowid z ogromną ilością kaset z westernami - wszystko to składało się na niepowtarzalną atmosferę dziwnego klubu jeździeckiego, do którego lgnęły dzieciaki w różnym wieku. Przesiadywały godzinami w naszym "saloonie", tam się iczyły, odrabiały lekcje. Nawet wczesną wiosną i późną jesienią nocowały w stodole na sianie, żeby tylko być blisko swoich ulubieńców. Rozmawiałem z rodzicami, którzy mieli wcześniej kłopoty ze swoimi pociechami. Okazało się, że nigdy, w innych klubach, dzieciaki nie były tak zmotywowane do normalności, jak tam, na Bemowie.
    Moje przekonanie o dobrodziejstwach wynikających z jazdy w stylu western i układania koni metodami naturalnymi utwierdzało się systematycznie. Znikoma ilość wypadków i upadków z koni, spokojne i łagodne zwierzaki, nawet ogier mojej córki, mimo że dopuszczany do krycia klaczy, był tak łagodny i przyjacielski, iż ktoś, kto go nie znał, nie wierzył, że to jest możliwe. Syn, pracując z Argonem, osiągnął tak maksymalne połączenie, że koń chodził z nim wszędzie, nawet ulicami do sklepu, na zakupy. A proszę wziąć pod uwagę, że były to zwierzaki pracujące w normalnej rekreacji, pod dzisiątkami "tyłków klepiących siodła". Obcując z końmi niemal od urodzenia, mogłem poznać różne konie oraz metody ich zajeżdżania i ukladania, ale western (i wszystko, co w tym pojęciu było zawarte) pozwolił mi zrozumieć konie i nauczyć mnie oraz wielu innych zapaleńców jak dalej żyć i postępować w harmonii z końmi.

    Później nie było już tak miło i pogodnie, ale niestety spowodowali to ludzie. Czego innego właściwie mogłem się spodziewać? Homo sapiens zbyt mocno był i jest uwsteczniony, by metody naturalne, tak skuteczne w pracy z końmi, mogły wywierać pozytywny wpływ na ludzi. Zwykła zawiśc i głupota ludzka sprawiły, że musieliśmy opuścić Bemowo i zaczęła się tułaczka z końmi po całym Mazowszu. Tułamy się tak do dziś po różnych pensjonatach. Pociechą jest fakt, że nasze konie - teraz już w stawce trzech sztuk (po drodze otruto nam Alfa) mają do nas ogromne zaufanie wynikające z metod, jakimi były układane, a może i nawet rozpieszczane.
    Daleki jestem od tego, by narzucać swoje racje i siłą przekonywać ludzi o wyższości stylu western nad klasycznym - niechaj każdy sam wybiera sobie drogi, jakimi będzie biegł do upragnionego celu. Pragnę tylko zasygnalizować tym jeszcze niezdecydowanym, że istnieje taka forma, która koni nie krzywdzi, a ludziom sprawia ogromną satysfakcję. Ponadto z praktycznego punktu widzenia i BHP, jazda western - ze względu na konstrukcję siodła - jest bezpieczniejsza i godna polecenia np. w gospodarstwach agroturystycznych, które prowadzą rekreacyjne jazdy konne.
    Mija właśnie dziesiąta rocznica przecierania szlaków westernowych w centralnej Polsce. Przez ten czas, jak grzyby po deszczu, wyrosło wiele klubów i ośrodków, które mogą poszczycić się znaczącymi osiągnięciami sportowymi i hodowlanymi. Ale ja mam tę świadomość, że ruch westernowy na Mazowszu zaczął się za wydmami w Dębkach, nad naszym polskim morzem.

    Źródło: "Koń Polski" nr 2/2007, str. 60-61

    Moje magiczne miejsca

    Kolejna relacja wakacyjna. Nie wiem czy potrzebna komuś na forum, ale na pewno potrzebna mi – uświadomiłam sobie, że dzięki tym zapiskom mogę wrócić moją dziurawą pamięcią do wakacji sprzed 3 lat.
    Wakacje właściwie jeszcze trwają, lato w pełnym rozkwicie, ale ta najważniejsza, urlopowa cześć już za mną. W tym roku dwie wyprawy (może to zbyt duże słowo, ale ja je lubię) – pierwsza cześć to intensywne pięciodniowe obcowanie z naturą w Drawieńskim Parku Narodowym, druga – to czas obracania się wśród kontrastów, w miejscach gdzie człowiek wywarł silne piętno na otoczeniu. Cały czas to zmaganie się ze swoją słabością.
    Spływ był magiczny – to oczywiste. Miejsce magiczne, cisza, woda przeźroczysta. Nawet pogoda choć deszczowa i zimna nie przeszkadzała cieszyć się tym co nas spotykało po drodze. Ale spływ to przede wszystkim dla mnie okazja by dowiedzieć sie czegoś nowego o sobie – że ciężko mi zaufać innemu człowiekowi, że współpraca jest konieczna, że rzeka to żywioł, którego kaprysy ja muszę uwzględnić, a kajak to nie rower . Uniknęłam wywrotki, choć raz nabraliśmy sporo wody do kajaka. NO i jeszce jedna refleksja - trudno jest robić zdjęcia płynąc.

    Cześć rowerowa zaplanowana była od Kawnic koło Konina do Płocka (a może za Płock). Tym razem czekało nas przemieszczenie się wraz z rowerami pociągiem. Wniesienie obładowanego sakwami roweru do pociągu to spory wysiłek, ale na szczęście wszystko poszło dobrze. Jeszcze większym wysiłkiem było targanie rowerów po schodach na dworcu Poznań-Wschód, gdzie trwa remont, windy nie działają, a przez tory przejść się nie da. Pierwszy etap jazdy prowadził z Kawnic do Lichenia. Gdy posilaliśmy się przed drogą zegar na Kawnickim kościele pokazywał godzinę 13:40. Czekała nas przyjemna jazda wśród lasów, z przerwą na kąpiel w jeziorze Głodowskim i chwilą odpoczynku przy ukrytym w lesie klasztorze kamedułów w Bieniszewie. Niestety przebywający tam zakonnicy nie wpuszczają na co dzień kobiet i wnętrze Bieniaszewskiego kościoła znam tylko ze zdjęcia. Okolice klasztoru opuściliśmy dość szybko nasycając się pięknem otaczającej przyrody, by wkrótce stanąć w obliczu zupełnie innych widoków. Gdy dojechaliśmy do jeziora Gosławickiego widok na elektrownię Pątnów stał się jeszcze bardziej przytłaczający. Na szczęście przyroda jest potężna i trwa. Czekała nas dalsza droga, niebo trochę się chmurzyło, gdzieś w oddali słychać było burzę. Jechaliśmy pomiędzy jeziorami, raz po raz przecinając większe i mniejsze kanały, by w końcu zatrzymać się na końcu jeziora Licheńskiego i w oddali zobaczyć widok może mniej przerażający niż elektrownia ale równie potężny. Następnego dnia, w pełnym słońcu Licheńska bazylika prezentowała się jeszcze okazalej[/url]. Kto szuka wyciszenia i duchowości lepiej niech nie jedzie do Lichenia – miejscowość, przynajmniej w okresie lata, przypomina bardziej nadmorski deptak niż miejsce pielgrzymek. Ale jeśli komuś będzie tam po drodze – to warto zobaczyć jak wygląda spełnienie ludzkich snów o potędze. A latem koniecznie wykąpać siew jeziorze, które jest podobno najcieplejszym jeziorem w Polsce.
    Po Licheniu w oryginalny sposóbpowitał nas Nadgoplański Park Tysiąclecia. Trasa wiodła do Kruszwicy gdzie dotarliśmy już o zachodzie słońca. Rano kruszwicka wieża zachęcała by spojrzeć z niej na Gopło i w kierunku północnym, a obróciwszy głowę nieco w lewo także na miasto i kolejne dzieło ludzkich rąk. Na wieży nadarzyła sie też okazja na wspólną fotkę z „bojowym” facetem .... .... Jeszcze tyko rowery sobie odpoczną w chłodzie kolegiaty i przed nami upalna droga poprzez Kujawy – dookoła pola, pola, kurz i cienia jak na lekarstwo. Czasem jakiś przydrożny sklep, w którym trzymają w lodówce jeszcze coś oprócz piwa. Pod sklepem okazuje się trzeba uważać, kask rowerowy lepiej zabierać ze sobą, bo miejscowe dzieciaki co prawda nie ukradną ale zrobią głupi kawał chowając kask w krzaki. Miejscowi zazwyczaj ciekawi skąd i dokąd koła nas niosą, kręcą ze zdumieniem głowami… czasem mówią, że gdyby nie robota tez by tak ruszyli, a czasem dziwią się, że też się człowiekowi chce w taki upał rowerem po Polsce jechać…
    Wieczorem zmęczeni docieramy pod Ciechocinek, do Raciążka skąd w nagrodę czeka nas wspaniały widok i jeszcze wspanialszy zjazd . Jeszcze tylko po drodze na ruinach zamku zrobię fotkę mojemu rycerzowi w odblaskowej zbroi Po drodze szukając miejsca na nocleg można przyjrzeć się jak się robi papieroski by wreszcie odpocząć po trudach wędrówki u stóp Raciążka. Warto wspomnieć, że gospodyni u której nocowaliśmy choć w swojej ofercie agroturystycznej miała możliwość rozbicia namiotu patrzyła na nas jak na dwoje dziwolągów i nawet nie wiedziała za bardzo, ile nam policzyć za noc spędzoną w jej sadzie.
    Kolejny dzień rozpoczynamy od zwiedzania Ciechocinka – wreszcie Boja wie gdzie będzie jeździć na stare lata  by dać odpocząć swoim zmęczonym strunom głosowym i skurczonym oskrzelom wdychając zdrowe solankowe powietrze. Tak, tak – wszystko sie kiedyś zaczyna starzeć, nawet tężnie wymagają remontu, a co dopiero stara boja. Ale jak na razie czas stanął w miejscu i boja rozkwita. W Ciechocinku jeszcze spacer po parku i podziwianie miejscowych atrakcji oraz szybki rzut oka na miejscowy kościół i cerkiew, by wkrótce zobaczyć ogromną bryłę stojącego nad brzegiem Wisły kościoła w Nieszawie. Słysząc za murem warkot silnika szybko podbiegam i … jest! płynie! prom właśnie dobija do brzegu. Kolejny kurs na przeciwny brzeg o pełnej godzinie czyli o 15 jest więc czas by zanurzyć się na moment. Punktualnie o 15 odbijamy, przed nami i nad nami błękit a boja na promie czuje się jak ryba w wodzie (a może boja w wodzie?) Na drugim brzegu praca wre a mnie zachwycają kolejne widoki na Wisłę, mojego męża zachwycam ja . Oboje jesteśmy zachwyceni gdy droga jest prosta, twarda i zacieniona, ale niestety gdy zaczyna się piach to nawet bogowie nie pomogą i pozostaje pchanie roweru. Ale nawet gdy pomyli się drogę i przyjdzie zrobić 80 zamiast 60 kilometrów można w końcu odpocząć. U pana Henia spędziliśmy dwie noce – kiedyś miał na podwórku pole namiotowe z prawdziwego zdarzenia, zostały nawet jakieś resztki huśtawek i wspomnienie oświetlenia terenu; jezioro choć urokliwe też nie zachęcało do kąpieli. Gdy zmarła żona pana Henryka interes podupadł, ale jest nadzieja, że coś się zmieni bo w pobliskim Dobrzyniu nad Wisłą powstaje duża przystań pięknie widoczna z góry zamkowej. Do przystani prowadzi blisko kilometrowy zjazd – oczywiście z przystani do miasta blisko kilometrowy podjazd. Miasteczko, do którego wybraliśmy sie wieczorem urzekło nas atmosferą, pięknym zadrzewionym rynkiem i widokami z góry zamkowej. Wieczór w Dobrzyniu, a cały dzień na wycieczce do Brudzeńskiego Parku krajobrazowego. Gdyby nie wcześniejsze przygotowania do spływu Drawą być może nie dowiedziałabym się o Skrwie Prawej i okalającym ją parku. A naprawdę warto było się tam wybrać. Najpierw do Murzynowa, którego nazwa pochodzi od staropolskiego słowa „murzyć’ = zachmurzyć i nad którym chmur rzeczywiście więcej niż nad okolicą. W przystani zjadamy sobie smażoną rybkę i zastanawiamy się nad zmianą środka lokomocji . Na moment zerkamy przez szybkę do chaty-muzeum a potem zachwycamy się . Podobno spływ Skrwą Prawa jest trudniejszy niż Drawą ale pławienie się w Skrwie było bardzo przyjemne. W Sikorzu trudno dojrzeć ślady świetności, gdy bywał tam Tuwim i inne postacie świata sztuki. Wszystko przeminęło.
    Aż nadszedł moment wyczekiwany od początku wędrówki. Bo z moim wędrowaniem jest tak – zawsze jest jakiś cel i jakiś plan, który ma pozwolić go przyjemnie osiągnąć. W zeszłym roku celem był Woodstock, a w tym Płock, z którego wyjechałam w latach 70-tych ubiegłego wieku (ale to fajnie brzmi!). Już kilka razy podczas spoglądania z wiślanego brzegu pojawiały się na horyzoncie płockie kominy ale teraz wyraźnie mogłam dojrzeć niezapomniany widok z dzieciństwa – płonące kominy . A potem pojechać na moją ulicę, pod mój blok i nawet wejść do mojej szkoły Płock zmienił się – zachwyciły mnie pięknie zrobione tereny spacerowe na skarpie nadwiślańskiej. Na rynku przed ratuszem akurat szykowano się na przyjazd zawodników kończących kolejny etap Wyścigu dookoła Mazowsza (jechaliśmy tą samą trasą co oni). Przed ratuszem, nie tak jak za moich czasów klomb, tylko urocza fontanna – podobno nazywana Afrodytą. I tylko most cały czas ten sam – prowadząc rower wąskim chodnikiem (na moście obowiązuje zakaz ruchu rowerów) marzyłam, że kiedyś, gdy wreszcie będzie droga prowadząca na widoczny w oddali nowy most, ten stary zamienią na deptak by można było podziwiać piękną panoramę Płocka i zrobić zdjęcie - takie samo zdjęcie tylko czarno-białe zrobione 40 lat temu wisi u mnie w pokoju na ścianie.
    Opuszczamy Płock i kierujemy się w stronę Gostynińsko-Włocławskiego Parku Krajobrazowego gdzie liczne jeziora dają nadzieję na nocleg i wypoczynek. Zatrzymujemy się w Gorzewie nad jeziorem Białym, gdzie gospodarze udostępniają swoje dochodzące do jeziora łąki jako pola namiotowe. Ustawili Toj-Tojki, udostępnili kran z wodą pitną, tylko niestety nie myślą o tym, ze za jakiś czas piekne czyste jezioro nie będzie już tak piękne – ludzie myją się bezpośrednio w jeziorze a pian z mydeł, szamponów i pasty do zębów spływa do wody. Ciekawe jak będzie w Gorzewie za kilka lat, czy będzie jeszcze stać stara pęknięta lipa?. Robimy sobie jednak dzień postoju nad jeziorem Białym i objeżdżamy pobliskie jezioro Lucieńskie. W Lucieniu coś co z daleka przypomina trochę domek krasnoludków a okazuje sie bardzo interesującym kościołem, z pięknym wykończonym drewnem wnętrzem. W piątek wieczorem najechało się nad jezioro Białe miejscowych, by wypocząć w hałasie, który przywieźli ze sobą i właściwie cieszę się, że rano ruszamy do domu. Rano cieszę się jeszcze bardziej – pogoda wyraźnie się psuje. Czeka nas droga do Kutna, a stamtąd pociągiem najpierw do Konina, potem do Poznania i z dworca Poznań – Wschód rowerkami do domu.
    Zrobiliśmy około 450 kilometrów. Wróciliśmy w dobrej formie, rowery pod koniec wyprawy już niebezpiecznie zaczęły zgrzytać zębatkami ale my sie trzymaliśmy.

    przepraszam wszystkich, którym się fotki nie otwierają bo nie mogą w pracy korzystać z fotosika - cóż, ja w pracy wogóle nie korzystam z internetu...[/i

    Bitwa pod Łodzią

    Wielka bitwa była pod Łodzią
    reportaż Michała Jagiełło2007-09-07, ostatnia aktualizacja 2007-09-07 12:06

    Z piasku na dnie dołu wystaje kawałek czerwonej torby z napisem "Media Markt - nie dla idiotów!". Spośród leżących wokół gałęzi wybieram cienki zielonkawy patyczek, żeby rozgrzebać piach i otworzyć reklamówkę. Dopiero po chwili odkrywam pomyłkę. Rzekome gałęzie to ludzkie piszczele, a w dłoni trzymam wiotkie omszałe żebro jakiegoś człowieka.

    Strome wzgórze w sosnowym lesie niedaleko wsi Dąbrowa pod Łodzią. Na zboczu dół sześć metrów na trzy, metr głębokości - dzieło poszukiwaczy skarbów. Odkrywca eksploatował "złoże" przez parę lat. Niedawno wyjechał za Zachód, przedtem pochwalił się znaleziskiem kolegom. Dwaj nie wytrzymali widoku, zadzwonili do redakcji. - Tam są worki z ludzkimi kośćmi - powiedzieli. - Część wala się po ziemi. Policji nie zawiadomimy, jeszcze by nam zrobili sprawę o zbezczeszczenie zwłok.

    W piasku leżą piszczele, świetnie zachowane podeszwy wojskowych butów, strzępy bluz mundurowych, sprzączki od pasów. Szary zetlały materiał to resztki szynela. Jest amunicja karabinowa. Zaśniedziałe łuski, całe magazynki-łódki po pięć sztuk.

    - Widzi pan te niebieskie zacieki? - Adam, czterdziestolatek, pokazuje nabój. - Takie przebarwienia pojawiają się na metalu w miejscach, w których stykał się z ciałem. Nie da się ich usunąć.

    Bartek, młodszy, grzebie w piasku. Zardzewiały scyzoryk. Aluminiowa manierka. Następne naboje. Piszczel w bucie. I foliowa torba. To właśnie ją otwieram przy pomocy wiotkiego żebra. W środku kości, kosteczki, kawałek czaszki. - Rosyjscy żołnierze z 1914 roku - mówią kopacze. - Amunicja od karabinu typu Mosin. Niemcy takiej nie używali.

    Ilu poszukiwaczy penetrowało dół? Nie wiadomo. Zabrali wszystko, co pozwoliłoby ustalić tożsamość poległych. Kości litościwie popakowali do worków po mące i foliówek.

    Przysypujemy szczątki piachem.

    Domyślam się, kim byli. W rejonie Dąbrowy 18 i 19 listopada 1914 r. walczyła rosyjska 24 dywizja piechoty 2 armii. W jej skład wchodziły cztery pułki syberyjskie: Jenisiejski, Krasnojarski, Omski i Irkucki. Miały atakować Brzeziny, osiem kilometrów na północny wschód. Niemcy uderzyli pierwsi z lasu pod pobliskim Wiączyniem. Dziś w lesie jest cmentarz. Ufundowała go jeszcze w czasie I wojny rodzina fabrykanta Karola Scheiblera. Pochowano tam razem dziewięć tysięcy Rosjan i Niemców. Dwa kilometry dalej w Witkowicach jest jeszcze większy cmentarz. 11 tys. poległych. Jeszcze rok temu nie można było wejść między groby - zarosły krzakami i drzewami jak dżunglą. Takich cmentarzy jest wokół miasta około dwustu. - Naprawdę? Przecież tu nigdy nie było żadnej bitwy! - zdziwi się prawie każdy łodzianin.

    Była.

    Operacja "Walec parowy"

    28 lipca 1914 r. Wybucha I wojna światowa. W pierwszych dniach sierpnia na prośbę Francji armia rosyjska uderza na Prusy Wschodnie. Wojska niemieckie mają trafić w kleszcze 1 armii gen. Pawła Rennenkampfa od strony Królewca i 2 armii gen. Aleksandra Samsonowa od południa. Ale Rennenkampf wstrzymuje natarcie pod Królewcem. Gen. Paul von Hindenburg i Erich von Ludendorff rozbijają osamotnioną armię Samsonowa pod Tannenbergiem, jej dowódca popełnia samobójstwo.

    W tym samym czasie Rosjanie odnoszą jednak ogromny sukces w Galicji, gromią Austriaków, podchodzą pod Kraków, zagrażają Górnemu Śląskowi. Niemcy spieszą sojusznikowi z pomocą. We wrześniu i październiku uderzają na Warszawę i Dęblin. W bitwie bierze udział połowa sił rosyjskich, walczących na froncie: ponad pół miliona żołnierzy przeciwko 300 tys. Niemców i Austriaków.

    28 października Rosjanie odrzucają siły gen. Augusta von Mackensena spod Warszawy. Zajmują dogodne pozycje do ofensywy na teren Niemiec. Front rozciąga się teraz na 300 km od Włocławka po Przedbórz, po jego obu stronach stoi 600 tys. żołnierzy i 2,7 tys. dział. W centrum znajduje się ponad półmilionowa Łódź, ważny ośrodek przemysłowy. Od niemieckiej granicy dzieli ją zaledwie sto kilometrów. Pokusa jest wielka.

    Rosyjski sztab przygotowuje operację "walec parowy". Cel: Berlin i Górny Śląsk. Do ofensywy szykuje się 1 armia Rennenkampfa, 2 armia gen. Siergieja Scheidemanna i 5 armia gen. Pawła Plehwego. Razem prawie 400 tys. żołnierzy. Przeciwko sobie mają ponad 200-tys. 9 armię Mackensena. Niemcy znają plany Rosjan. Pospiesznie ściągają cztery dodatkowe korpusy z frontu zachodniego. Uderzają pierwsi.

    11 listopada 1914 r. rozpoczyna się "operacja łódzka". Borys Szaposznikow, sztabowiec 2 Armii, nazwie ją w latach 20. "najbardziej złożoną operacją manewrowego okresu I wojny światowej". W ciągu dwóch tygodni po obu stronach ginie ponad 110 tys. Rosjan i 90 tys. Niemców. Dla porównania: słynna bitwa pod Verdun trwała 10 miesięcy i poległo w niej 700 tys. żołnierzy. Statystycznie 2,3 tys. dziennie. W ciągu trzech tygodni bitwy pod Łodzią każdego dnia traciło życie 10 tys.

    Niemcy systematycznie spychają wojska rosyjskie od północy i zachodu w stronę Łodzi. Rosjanie tracą Włocławek, Kutno, Łęczycę. Wokół ich trzech armii zaciska się potężny pierścień. W krytycznych dniach 18-23 listopada Niemcy są o krok od centrum miasta.

    Rosyjska 3 dywizja gwardii walczy na terenie szpitala psychiatrycznego w Kochanówce, chorzy rozbiegają się po okolicy.

    Wykrwawiają się najświetniejsze pułki rosyjskie, tworzone jeszcze za Piotra I: Litewski, Estoński, Piotrogradzki. Biły się pod Borodino z Napoleonem, zdobywały Paryż.

    Po latach wraca pod Łódź 37 Jekatierynoburski Pułk Piechoty, opisany przez Tuwima w "Kwiatach polskich". Stacjonował tu od powstania styczniowego do 1907 r. To on tłumił rewolucję 1905 r. Dziewięć lat później dostaje baty pod Koluszkami.

    Pod Wiączyniem zostaje ciężko ranny płk Pfingstein. Pocisk artyleryjski urywa głowę jego koniowi, oficer trafia w ręce Niemców. Krzyczy z bólu tak strasznie, że Niemcy zostawiają go, żeby umarł. Pułkownika znajdują swoi, ratują.

    Niedaleko wsi Borowa nieprzyjaciel otacza w chałupie niedobitki 21 pułku syberyjskiego. Dowódca batalionu każe spalić sztandar. Strzela sobie w głowę z pistoletu. Żołnierze wykonują rozkaz z płaczem - "połkowoje znamia" to świętość. Palą tkaninę, wyszywane złotą nicią serce sztandaru z twarzą Chrystusa zakopują gdzieś w pobliżu.

    W niektórych pułkach nie ma ani jednego oficera. Brakuje amunicji do dział. Żołnierze głodują.

    Niemcy chcą okrążyć Rosjan, Rosjanie Niemców. Panuje chaos. Z map sztabowych trudno się zorientować, jak przebiega linia walk. Niemcy atakują Rosjan w Łodzi od wschodu, choć front jest na zachodzie i północy. Za Niemcami od wschodu znów są Rosjanie. Tych atakują Niemcy od południa, z miejscowości, gdzie teoretycznie powinni być Rosjanie.

    Od 16 października z Łowicza przez Stryków na południowy zachód posuwa się rosyjski "oddział łowicki", złożony z pozbieranych naprędce dywizji. Niemcy mieli podobny pomysł: na Brzeziny wyrusza grupa gen. Reinholda von Scheffera, trzy dywizje. Chce przebić się do swoich na północy. W składzie oddziału łowickiego jest 6 dywizja syberyjska z Chabarowska. Bez map i konkretnych rozkazów maszeruje z Brzezin na południe. Scheffer z południa idzie na Brzeziny.

    W lesie obok wsi Gałków, 15 km od Łodzi, Rosjanie stają oko w oko z trzykrotnie silniejszym przeciwnikiem. Biją się cały dzień. Pada pierwszy w 1914 r. śnieg, chwyta 12-stopniowy mróz.

    Spacerując dziś po lesie można prześledzić całą walkę: trzy linie naprędce kopanych transzei, dołki strzeleckie, leje po wybuchach, łuski, odłamki. Sybiracy cofają się na północ. Za linią kolejową Warszawa - Łódź nie ma już okopów. Nie miał kto ich kopać. Wieczorem 23 listopada 1914 r. 6 dywizja przestała istnieć. Niemcy przebili się do swoich przez Brzeziny.

    Rosjanie nie dali się okrążyć, ale ponieśli zbyt duże straty, muszą skrócić front. 6 grudnia wycofują się z Łodzi 80 km na wschód. Nową linią obrony będzie rzeka Rawka. To tam 15 maja 1915 r. Niemcy po raz pierwszy użyją gazu na wschodzie. Pod Bolimowem w ciągu kilkunastu minut zginie w potwornych męczarniach 9 tys. żołnierzy rosyjskich. Nie oddadzą jednak pozycji.

    Ta bitwa znikła z ludzkiej pamięci. Tak samo jak 200 tys. poległych. Armia cieni, biała plama. A przecież minęły zaledwie 93 lata. Dlaczego tak się stało? Dla Polaków "operacja łódzka" była tylko starciem zaborców. - Nie obchodziła mieszkańców Łodzi - wyjaśniają Volker Caysa i Frank Schuster, naukowcy z Niemieckiego Instytutu Historycznego. - W 1924 r. autor artykułu w jednej z gazet niemieckich narzekał, że cmentarze są zniszczone, na nagrobkach bawią się i tańczą grupy podpitych nastolatków. A wiec już w 10 lat po wojnie bitwa poszła w zapomnienie.

    Rosjanie zapomnieli, bo rewolucja, głód, stalinizm, łagry i II wojna światowa przesłoniły wydarzenia tej pierwszej, "imperialistycznej i niesprawiedliwej". Niebezpiecznie było nawet wspominać, że ojciec czy dziadek walczyli za cara. Niemcy? - W kontekście niemieckiego dyskursu o pamięci po II wojnie światowej należy przyjąć, że został on w dużym zakresie zorientowany na normy politycznej poprawności - dodają Caysa i Schuster. - Bitwa pod Łodzią nie została zapamiętana, bo nie pasuje do kanonicznego rozumienia historii u Niemców po II wojnie.

    Carski medal dla sowieckiego marszałka

    Styczeń 2005 r. Kończę przekład powieści Aleksandra Sołżenicyna "Sierpień 1914" o ofensywie Samsonowa. Z książki dowiaduję się, że trzy miesiące później te same armie będą walczyły pod Łodzią. To moje pierwsze spotkanie z bitwą. Zaskoczenie: gen. Rennenkampf będzie stać ze sztabem pod Gałkowem, w pociągu na linii Warszawa - Łódź. Pół kilometra od działki, na którą jeżdżę latem. Linię frontu wyznaczała rzeka Miazga. Drugie zaskoczenie: ten strumyczek pod lasem, szeroki na pół kroku z wodą po kostki? 93 lata temu Miazga miała pięć metrów szerokości i trzy głębokości... Pociąg sztabu ostrzeliwała niemiecka artyleria z pobliskiego Andrespola przy szosie Łódź - Tomaszów. Wójt robi wielkie oczy: armaty w Andrespolu? Nigdy nie słyszał o bitwie, choć na skraju wsi widać jeszcze zarys wojennego cmentarza. Nawet w następnej wsi, w Kurowicach, gdzie mury kościoła naszpikowane są do dziś pociskami, mało kto wie, skąd się wzięły. - Panie, to sowieccy bezbożnicy w 1945 do krzyża strzelali - opowiadają mieszkańcy.

    Muszę zbadać zagadkę zapomnianej bitwy. To niemożliwe, żeby takie wydarzenie przepadło bez śladu. Była końcem Łodzi jako ziemi obiecanej, miasta czterech kultur. Od niej zaczął się ostateczny odwrót historycznych zaborców z Polski. A mimo to "operacji łódzkiej" nie ma w podręcznikach. Nie zostało po niej nic oprócz niszczejących cmentarzy, równie zagadkowych jak piramidy Majów albo posągi z Wyspy Wielkanocnej.

    Zaczynam od poszukiwań w internecie. Zajmą mi rok. Znajduję wspomnienia płk Fiodora Nowickiego, szefa sztabu 2 Korpusu 2 armii. Poznaję nazwiska dowódców, przebieg wydarzeń, opisy walk, mapy. Niesamowite: pod Łodzią Rosjanie po raz pierwszy w czasie I wojny użyli samochodów pancernych. Pięć wozów rozpędziło siedem pułków niemieckich w ataku na Pabianice.

    Młody Siemion Budionny, przyszły marszałek ZSRR, pobity w 1920 r. przez Piłsudskiego, za odwagę w szarży na Brzeziny dostał order św. Jerzego - najwyższe wojskowe odznaczenie carskie, odpowiednik Virtuti Militari.

    Poeta Nikołaj Gumilow, mąż Anny Achmatowej, rozstrzelany w 1921 r. przez bolszewików, walczył pod Piotrkowem. Napisał o tym książkę "Zapiski kawalerzysty".

    Podczas listopadowych walk artyleria zrównała z ziemią Konstantynów, Aleksandrów, Zgierz, dziesiątki wsi.

    Dowódca niemieckiej dywizji i autor decydującego manewru generał Karl von Litzmann zyskał po bitwie przydomek "lwa Brzezin". W 1939 r. na jego cześć hitlerowcy przemianowali Łódź na Litzmannstadt. Według łódzkiej legendy poległ w czasie walk i został pochowany w Rzgowie. Nieprawda, zmarł w Niemczech w 1936 r. Przed śmiercią zdążył wstąpić do NSDAP i sfotografować się z Hitlerem. Jego syn w czasie II wojny był namiestnikiem Estonii, a po reedukacji w łagrach - komunistycznym politykiem w NRD. Chichot Historii...

    Ziemia też zaczyna przemawiać. Wiem już wszystko o okopach w gałkowskim lesie. 23 listopada 1914 r. 6 dywizja natyka się w nim na trzy dywizje niemieckie. Zostaje rozgromiona. Z 24 pułku tej dywizji do Łodzi dociera tylko 15 żywych żołnierzy. Pięciuset Niemcy grzebią na leśnym wzgórzu, bezpośrednio na miejscu walki. Nagrobki rozszabrowali okoliczni mieszkańcy w latach 60., kiedy zacierano ślady po łódzkich Niemcach. Ocalał tylko głaz z napisem po niemiecku, że "500 dzielnych żołnierzy rosyjskich poległo tu za swoją ojczyznę". Cmentarz też miał być zlikwidowany. Ktoś uratował go fortelem: ustawił na wzgórzu kamień z napisem, że leżą tam też polscy żołnierze polegli w bitwie nad Bzurą. Nie leżą, ale dzięki oszustwu władze zostawiły cmentarz w spokoju.

    Piszę pierwszy artykuł o Bitwie. Dostaję pierwsze telefony. Ludzie opowiadają o kolejnych zapomnianych cmentarzach i niespodziankach, jakie kryje ziemia. - Kupiłam działkę pod Koluszkami - opowiada Irena Wilczarowska. - Kiedy wykarczowałam krzaki, zobaczyłam spory kopiec. Chciałam go zniwelować, ale wewnątrz są ludzkie kości. Co to może być i co z nimi zrobić?

    Oczywiście bitwa. - Zostawić, gdzie są - radzę. - I postawić krzyż.

    W lipcu 2006 r. sam stawiam taki w lesie gałkowskim. Brzozowy, prawosławny, byle jaki. Z tabliczką, żeby uszanować miejsce walk. Okoliczni mieszkańcy wyrzucają do okopów śmieci, nie wiedzą, że w tych rowach ginęli ludzie. Po miesiącu coś ściska mnie w gardle: krzyż obłożony jest kamieniami polnymi. Grzybiarze przynoszą po jednym, dwa. Ktoś kładzie kwiaty. Któregoś dnia spotykam modlącego się starszego pana. - Nic nie wiedziałem o tej bitwie - mówi. - Mój Boże, tylu ludzi tu padło. Przejechali 10 tys. kilometrów, żeby zginąć. Straszne.

    Po co przypominać Bitwę? Żeby ktoś dopisał w podręcznikach dwa zdania na jej temat? Jarosław Janowski, przewodnik turystyczny: - Łódź ma coś niepowtarzalnego, o czym zupełnie zapomniała. "Operacja łódzka" powinna być atrakcją całego regionu. Turystyka historyczna jest bardzo modna na świecie. Ludzie odwiedzają pobojowiska, cmentarze, szukają grobów swoich przodków.

    Już wiem. W Łodzi powinny spotykać się co roku grupy rekonstrukcji historycznej z Polski, Rosji, Niemiec. Inscenizacje bitwy w historycznych mundurach przyciągnęłyby tysiące turystów. A potem parada wszystkich wojsk ze wszystkich wojen na ul. Piotrkowskiej. Z całego świata! Rosjanie, Anglicy, Francuzi, Amerykanie. Mielibyśmy atrakcję na miarę karnawału w Rio. Nie tylko Łódź - cały region! To już więcej niż pomysł: wizja! Trzeba tylko przekonać ludzi i samorządy.

    Rozmowa w redakcji z grupą studentów ukraińskich:

    - Przyjechalibyście na taką inscenizację, na cmentarze?

    - A nasi tu walczyli?

    - Kozacy dońscy.

    - No jasne, że przyjechalibyśmy. A kacapy tu leżą?

    - Sto tysięcy.

    - To tym bardziej przyjedziemy!

    Grupa rekonstrukcji dywizji syberyjskiej z Krasnojarska, stu chłopa, ma tylko jedno pytanie: - Kiedy przyjechać?

    Takich rzeczy nie robi się wojsku

    10 października 2006 r. Las pod Dąbrową. Na polnej drodze stoi jedenaście aut. Jest grupa studentów archeologii, policja z Koluszek, przedstawiciel prokuratury, pani z PCK, wójt gminy Nowosolna Tomasz Bystroński z sekretarzem, Andrzej Cewiński, patrol saperów z 25 Brygady Kawalerii Powietrznej, leśniczy, ekipa telewizyjna, firma pogrzebowa Witolda Skrzydlewskiego. Bez namysłu zaofiarował za darmo trumny, transport, chłodnię, organizację pochówku, kwiaty. - Co z tego, że Rosjanie, zaborcy - rzucił w słuchawkę podczas rozmowy z "Gazetą". - Zwykli ludzie. TAM każdy trafi. Tylko zadbajcie, żeby pomodlił się za nich pop.

    Saperzy sprawdzają wykrywaczem metali, czy w dole nie ma granatów albo pocisków artyleryjskich. Naboje karabinowe wrzucają do pudełka. Spalą je na poligonie. Studentki archeologii zaczynają kopać. Szczątki składają na czarnej folii. Znajdują dwa płócienne worki z kośćmi. Czaszki. Kręgosłupy. Piszczele. Wszyscy milkną. Na plastikowych płachtach leży dziesięć brunatnych czaszek. Młoda policjantka odwraca twarz. Chce się jej płakać. Nie wzruszyłby jej widok świeżych zwłok, ofiary morderstwa czy wypadku - do tego przywykła. Ale to są żołnierze, polegli w okopie 93 lata temu. Leżą tak, jak dopadła ich śmierć. Na pierwszej linii, z bronią w ręku, wśród rozrzuconej amunicji. W okop musiał trafić pocisk artyleryjski. Zabił od razu, przysypał zwłoki piachem. Pewnie dlatego koledzy ich nie pochowali. A może po prostu nie mieli czasu. Na czaszkach wysypywanych z worków widać skamieniałe dziury i szramy po ranach. Ostrzyżeni na zero saperzy patrzą bez słowa na zetlałe worki i czerwoną reklamówkę. - Takich rzeczy nie robi się wojsku - odzywa się plutonowy i sięga po papierosa.

    Studentki archeologii wprawnie segregują znaleziska. Miednice na jedną kupkę, kręgi na drugą, piszczele na trzecią. - Młodzi ludzie, wiek 18-25 lat, cechy mongoidalne, azjatyckie - ocenia szef grupy. - Prawdopodobnie z Syberii.

    U stóp wzgórza czekają cztery trumny. Szczątki mieszczą się w dwóch. Pojadą do chłodni. Trzeba przygotować pogrzeb.

    Po kilku dniach archeolodzy na wszelki wypadek przekopują piach wokół dołu. Znajdują jeszcze kilka kości. Szef grupy wiezie je do chłodni w kartonowym pudle. Po drodze zabiera do szpitala żonę, która właśnie zaczyna rodzić. Młoda kobieta siedzi obok pudełka ze szczątkami. Może to makabryczny przypadek, a może symboliczna więź pokoleń.

    - O groby Polaków trzeba dbać, a nie ruskich i niemieckich zaborców - poucza ktoś na internetowym forum "Gazety".

    Na zniszczonych grobach można czasem odczytać nazwiska tych "zaborców". Cmentarz w Wiączyniu. Z prawej leżą Niemcy. Wystarczy pochylić się i zetrzeć mech z betonowych tabliczek. "Gefreiter Józef Skrzyczyk, Posen". W pamiętniku Aleksandra Todorskiego, dowódcy kompanii saperów 24 pułku syberyjskiego, czytam nazwiska żołnierzy walczących pod Łodzią: Piotr Jakubiak, Władysław Meszliński, Adam Wołosik, Adolf Kondracki, Franciszek Matusiak...

    Igor Ładygin, historyk z Nowosybirska: - Pułki były syberyjskie tylko z nazwy. Uzupełniały stan osobowy w Warszawie i na Mazowszu. Wcielano do nich Polaków.

    Ci Polacy nie trafili do Legionów. Dziś nikt ich nie pamięta. Jeszcze jeden powód, żeby zająć się Bitwą.

    Ostatni żołnierze I wojny

    Walentyna Bondariowa, wicedyrektor Muzeum Krajoznawczego w Krasnojarsku, opiekuje się w Łodzi syberyjskim szamanem Wasią. Szaman Wasia reprezentuje Rosję na Festiwalu Czterech Kultur. Jest listopad 2005 r. Na zapleczu sceny zamieniam z Walentyną kilka słów. Bitwa, 1914 rok, pułki syberyjskie. Czy w Krasnojarsku zachowały jakieś dokumenty? Walentyna sprawdzi. Traktuje sprawę serio. Krążą maile. Tak, w archiwach krasnojarskich są materiały o I wojnie, ale nikt do nich nie zaglądał od lat 20. Następny list: uruchamiamy projekt naukowy, muzeum wspólnie z uniwersytetem będzie szukać śladów bitwy w archiwach Irkucka, Chabarowska, Omska. W maju 2006 r. Bondariowa przyjedzie na pierwszą międzynarodową konferencję o bitwie, zorganizowaną przez Fundację "Ziemia obiecana" i łódzki oddział PAN. Przywiezie do Łodzi listę nazwisk 175 mieszkańców Kraju Krasojarskiego, poległych i zaginionych pod Łodzią. Nie z całego kraju, z jednego powiatu aczinskiego. - Jeśli Polacy zaopiekują się grobami naszych, zajmiemy się polskimi grobami na Syberii - zapewnia.

    Walentin Juszko to lekarz neurolog z Moskwy. Pracuje w pogotowiu. Pasjonuje się historią orderu św. Jerzego. W całej I wojnie nadano ich tylko 10 tys. Za "operację łódzką" - piętnaście. Armia rosyjska liczyła sześć milionów żołnierzy. Walentyn też uczestniczy w majowej konferencji. Wraca do Łodzi w sierpniu. Miał jechać na urlop do Egiptu, wybrał wędrówki po cmentarzach wojennych. W Gałkowie zatyka przed głazem małą flagę rosyjską. Wokół pełno śmieci, potłuczonych butelek. Cmentarz to ulubione miejsce pijaczków. Słuchamy z magnetofonu "Pożegnanie Słowianki". Juszko ociera łzy. Następnego dnia przedziera się przez chaszcze w Wiączyniu. W gąszczu tylko cudem można znaleźć rosyjskie groby. Walentin modli się. Zgodnie z rosyjskim zwyczajem trzeba bić pokłony, ale nie da rady, gałęzie nie pozwalają. Jest mi wstyd.

    W listopadzie 2005 w Łodzi koncertuje Chór Aleksandrowa. Proszę dowódcę, płk. Leonida Malewa, żeby Rosjanie poświęcili jedną piosenkę pamięci swoich poległych pod Łodzią w 1914 r. - Sto tysięcy? - zdumiewa się pułkownik. Dostaje album fotografii ze starymi okopami i odłamek pocisku armatniego. Chór dedykuje żołnierzom "Słowiki". Ponowne tournee w marcu 2006 r.: tym razem żołnierzom spod Łodzi poświęcony jest cały koncert. - Następnym razem przyjedziemy z repertuarem z tamtej wojny - zapewnia dowódca. - Jeśli chcecie, zaśpiewamy na okopach albo na cmentarzu.

    Wysyłam maila do mera Chabarowska. Proszę, żeby miejscowa prasa zamieściła mój apel: polski dziennikarz z Łodzi szuka potomków żołnierzy, poległych lub walczących pod Łodzią. Apel zamieszczają prawie wszystkie gazety i agencje informacyjne na Syberii. Przychodzą listy. - Mój pradziadek został ranny we wsi Janów w listopadzie 1914 r. Wrócił z wojny ze zdobycznym CKM-em - pisze Andriej Gusin spod Omska. - Ten karabin maszynowy uratował wioskę trzy razy: dwa przed bolszewikami i raz przed białymi.

    Lejtenant Siemion Pokrowskij poległ pod Pabianicami. Miał dwa ordery św. Jerzego. Szczerozłote. Dowództwo odesłało je rodzinie. - Podczas wielkiego głodu babcia łamała te ordery na kawałki i wymieniała na chleb - to Iwan Pokrowskij, inżynier z Ufy. - Dziadek po śmierci uratował wszystkim życie. Czy ma gdzieś grób z nazwiskiem? Modlę się za niego i za was.

    Piotr Mitrofiejew z Moskwy: - Przepraszam, że nie piszę o I wojnie, ale mam prośbę. W 1945 roku pod Łodzią zaginął mój dziadek Iwan. Może uda się ustalić jego losy? Babcia żyje, ma 95 lat. Ciągle go kocha i wierzy, że żyje. I że wróci...

    Komentarze do apelu w rosyjskim internecie: "Dziękujemy za pamięć o naszych żołnierzach", "Niski pokłon wam, Polacy", "Wstyd nam za nasze państwo, że zapomniało o tych bohaterach".

    - Mój pradziad w randze generała-lejtenanta, dowódcy 55 dywizji piechoty, brał udział w walkach pod Łodzią. Załączam wykaz miejscowości, w których walczył - pisze Wasilij Tiurin. - Może się przyda. Serdecznie dziękuję za pamięć o żołnierzach I wojny. Dywizja pradziadka poniosła ogromne straty w maju 1915 r.

    Historyk Aleksiej Borisow z Petersburga przysyła kolejne wykazy nazwisk poległych. Igor Ładygin z Nowosybirska pieczołowicie odtwarza historię 41 pułku strzelców syberyjskich. Ten pułk też walczył pod Łodzią. Ale dokumentów nie ma. - Nic dziwnego - pisze z goryczą Igor. - Tak już u nas jest. Podczas II wojny w Nowosybirsku sformowano dywizję ochotników, dostała numer i pojechała na front. Ślad po niej zaginął. Nie wiadomo, gdzie padli i gdzie leżą ci żołnierze. Róbmy wszystko, żeby przywrócić pamięć o wszystkich zapomnianych żołnierzach obu wojen!

    - Proszę uważać mnie za przyjaciela i sojusznika - deklaruje Gennadij Rżannikow z miejscowości Złatoust pod Czelabińskiem. Za pośrednictwem Niny Ragużynej, dziennikarki gazety "Rosyjska Atlantyda" z Harbinu, w Chinach docieram do Wiery Tokmakowej z Czelabińska, wnuczki Wiktora Mandryki, dowódcy 24 pułku z Chabarowska. To on z 15 ocalałymi żołnierzami szedł piechotą z Gałkowa do Łodzi 23 listopada 1914 r. Zmarł w 1937 r. na emigracji w Harbinie. - Niech Polaków Bóg błogosławi za szlachetne uczynki - pisze Wiera Tokmakowa.

    Bitwa zaczyna żyć własnym życiem. Nawet jeśli nie chcę, muszę się nią zajmować. Zbieram kolejne dokumenty, co dzień odpowiadam na listy, telefony. Dzwonią łodzianie. Dziękują za przypomnienie bitwy. Przybywa ostatnich żołnierzy I wojny.

    Piotr Werner, publicysta, filmowiec. Zebrał 300 unikalnych zdjęć z okresu bitwy. Zrujnowane podłódzkie miasteczka, zbombardowany dworzec w Łodzi, pociąg pancerny na torach pod Gałkowem. Ciężarówka w kościele zamienionym na garaż. Mariusz Łochowski, chirurg płucny, pasjami fotografuje zapomniane cmentarze wojenne. Organizuje wystawę zdjęć w Klubie Lekarza. Piotr Marciniak, historyk, właśnie obronił pierwszą w Polsce pracę doktorską na temat "operacji łódzkiej".

    Dołączają poszukiwacze militariów z "Grupy Łódź". To z nimi wędruję przez las gałkowski i słucham pisków wykrywacza. 30 centymetrów pod ziemią bitwa wciąż trwa. Łuski, guziki, naboje, ołowiane kulki od szrapneli. Wzdłuż lasu w Wiączyniu co kilkanaście kroków leżą żelazne łódki-magazynki z amunicją. Ktoś pędził wzdłuż okopu i rzucał je żołnierzom. Nie zdążyli sięgnąć po te naboje. Zginęli, uciekli, poszli do ataku na bagnety? Jakaś sekunda walki zatrzymana w czasie. Zardzewiałe pociski i odłamki są jak nie z tego świata, emanują jakąś własną energią. Niesamowite wrażenie.

    Andrzej Adach, bezrobotny mechanik, własnym sumptem wydał broszurę "Durchbruch bei Brzeziny. Operacja łódzka 1914". W środku zdjęcia cmentarzy, opis walk i mapki. Czytelnicy pytają, gdzie można ją kupić. Andrzej godzinami potrafi mówić o pułkach i dywizjach z bitwy.

    Rosja odkrywa I wojnę. Mail od Aleksandra Gorbunowa, rzecznika mera Chabarowska: - W imieniu moich rodaków pragnę podziękować wszystkim Polakom, którzy mają dobre serca, którzy poświęcają czas szlachetnemu i bezinteresownemu dziełu pamięci o żołnierzach spoczywających w polskiej ziemi. Niedomówienia i wzajemne napaści, którymi w stosunkach między naszymi krajami grzeszy dziś wielka polityka - to żałośnie nieważne drobiazgi w porównaniu z tym, co jednoczy serca naszych słowiańskich narodów. Niech Bóg was błogosławi za wasze wspaniałe uczynki!

    - Niech was Bóg błogosławi - wtóruje mu z Francji Władimir Jagiełło, wnuk huzara, prawosławny teolog, proboszcz cerkwi w Paryżu i Nicei. Nazwisko to samo, ale nie rodzina. - Wszyscy ludzie świata są rodziną - pisze Władimir.

    Spasibo Wam, Polaki

    29 listopada 2006 r. Pogrzeb. Formalności było co niemiara. Na pochówek w Wiączyniu musi zgodzić się wojewódzki konserwator zabytków, archeolodzy szukają miejsca, w którym można wykopać grób bez naruszania spokoju zmarłych. W gminie - nerwy. Będzie wojewoda, dyplomaci z ambasady rosyjskiej, biskup prawosławny.

    Gdzie kupić flagę rosyjską?

    Dokąd zaprosić gości po ceremonii na herbatę?

    Jak zorganizować uroczystość?

    Udało się. Żołnierze spoczną obok tzw. kręgu oficerskiego - półkola głazów z napisami "Chrabryj oficer 250 połka", "Chrabryj unter-oficer" albo po prostu "Chrabryj russkij woin". Na dwóch trumnach leżą czerwone róże. Przy flagach polskiej i rosyjskiej staje strażacka warta w galowych mundurach. Cmentarz jest oczyszczony z krzaków, ma nowe ogrodzenie z desek. Arcybiskup diecezji łódzkiej i poznańskiej Szymon modli się razem z katolickimi księżmi. Wokół wykopanego dołu stoi ponad sto osób, każda dostaje cienką świeczkę. Prawosławni wrzucają je zapalone do grobu, żeby oświetlały drogę zmarłemu. Tu też tak będzie. Na uboczu stoją poszukiwacze militariów. Umówili się, że każdy kupi jeden czerwony goździk. W kwiaciarni zabrakło, więc kupili po róży. "Bolas" zamieści potem zdjęcia z pogrzebu na rosyjskim forum historycznym www.ww2.ru. "Mołodcy poliaki", "Spasibo wam", "Wiecznaja pamiat" - skomentują internauci. A 24 grudnia utworzą specjalne podforum na życzenia dla Polaków z okazji katolickiego Bożego Narodzenia.

    Prawosławne modły i pieśni robią wrażenie na wszystkich. Jest młodzież z gimnazjum w Wiączyniu, dziewczynki popłakują. Trębacz gra "Ciszę", do grobu lecą świeczki. I szyszka cedru syberyjskiego, którą Walentina Bondariowa wręczyła mi w maju na pamiątkę. To zamiast grudki ojczystej ziemi, niech pachnie poległym rodzinnymi stronami. Na mogile zatykam małą rosyjską flagę. Walentin Juszko przywiózł trzy, jedna została na cmentarzu w Gałkowie, druga na podobnej nekropolii pod Przemyślem. Prosto z Placu Czerwonego. Rosyjski dyplomata w mundurze salutuje. Odczytuję poległym list, jaki dostali z Krasnojarska od Bondariowej. - U nas mówi się "Wiecznaja pamiat'. Pust' zemlia im budet puchom" - pisze Walentina. - Przekażcie naszym żołnierzom te słowa podczas ceremonii. Tak w Rosji żegna się ze zmarłymi na pogrzebie. I jeszcze im powiedzcie, że na Syberii jest już zima i dużo śniegu, mrozy dochodzą do 20-25 stopni...

    Może w trumnie słucha tych słów strzelec Ławrientij Nikita, "lat 23, włościanin, prawosławny, żonaty, dwoje dzieci, wieś Izindajew, gmina nazarowska, powiat krasnojarski, zaginął bez wieści pod Łodzią 18.11.1914 r."?.

    A może strzelec Froł Kartawyj, "lat 27, włościanin, prawosławny, kawaler, wieś Ignatiewka, gmina czastoostrowska, powiat krasjnojarski. Zginął pod Łodzią 21.11.1914 r."?

    A może Siergiej Mierkułow, poległy dzień później? W muzeum w Omsku zachowały się listy żołnierzy 42 pułku syberyjskiego do rodzin z jesieni 1914 r. Siergiej dziękuje rodzicom za paczkę i słodycze: "Tylko że większość podarków ginie w intendenturze. Tak, że jeden cukierek dostaje się nam na dwóch".

    Mierkułow, rocznik 1896. 18 lat. Dziecko, nie żołnierz. Rówieśnik mojego dziadka i syna zarazem. Mój też lubi cukierki...

    Przemawiam nad grobem, choć tego nie było w planie uroczystości: - Przez ponad sto lat pokolenia Polaków modliły się "o wojnę powszechną". Powtarzały, że kiedy wykrwawią się zaborcy, Polska odzyska wolność. Dla nas "wykrwawić się" było tylko metaforą. Dla milionów młodych Rosjan, Niemców, Austriaków i Polaków wcielonych do trzech armii miało dosłowny sens. Także dla tych dziesięciu bezimiennych. Byli tylko zwyczajnymi ludźmi, wziętymi na front trzy miesiące wcześniej prosto z domów, z gospodarstw, od żniw. Pewnie nigdy nawet nie słyszeli o Polsce. To paradoks, ale oddali życie także za to, żeby Polska mogła być niepodległa. Niech więc teraz ta Polska od serca, po matczynemu przyjmie do swojej ziemi i na zawsze przytuli ich kości.

    - Mówił, jakby to były jego dzieci. Zimno mi się zrobiło - komentuje na internetowym forum poszukiwaczy militariów Piotr Moskwa, rolnik spod Skierniewic.

    Bitwa jak śnieżna kula

    Przed telebimem w sali Uniwersytetu Łódzkiego zbierają się ostatni żołnierze I wojny: Piotr Marciniak, Piotr Werner, kilkunastu poszukiwaczy militariów. Wideokonferencja z Krasnojarskiem. 8 listopada 2006 r. U nas jest godz. 20, na Syberii 2 w nocy. Mimo to na połączenie czeka tam ponad 30 osób. Władze miasta, naukowcy, tamtejsi Polacy. Rosjanie chcą podziękować za przypominanie bitwy i troskę o swoich poległych. W Krasnojarsku trwa "Noc muzeów" - atrakcją Muzeum Krajoznawczego jest telemost z San Francisco, szwajcarskim Bernem i Łodzią. Bondariowa opowiada o niedawnej konferencji: "Wkład Polaków w rozwój Syberii". Władze wspólnie z Polonią zaczynają porządkować groby polskich zesłańców. Najstarsze są z 1831 r. Machanie rękami, pozdrowienia. Dzieli nas 8 tys. kilometrów.

    Tydzień wcześniej dwudziestu poszukiwaczy oczyszcza z krzaków cmentarz w Wiączyniu. Skrzyknęli się przez internet. Pracują całą sobotę. Piotrek Moskwa wstał o świcie. Pociągiem dojechał do Andrzejowa, stamtąd trzy kilometry rowerem do Wiączynia. Są ludzie z Łodzi, Pabianic, Zgierza, Nowosolnej. - Kto wam za to płaci? - interesuje się jakiś grzybiarz. - Nikt - pada odpowiedź. - Po prostu tak trzeba.

    Czas na ofensywę. Wędruję po urzędach. - Bitwa jako atrakcja turystyczna regionu? Świetne - Jarosław Nowak, dyrektor wydziału promocji Urzędu Miasta Łodzi, od razu podchwytuje pomysł. - Szlaki, muzeum, cmentarze. Robimy to.

    - Kapitalna sprawa, może być wspólny projekt dla wielu gmin - Zbigniew Frączyk, szef Regionalnej Organizacji Turystycznej w Łodzi, nie ma wątpliwości. - To więcej niż pomysł, to wizja!

    Kolejni sojusznicy zgłaszają się sami. Pomoc deklaruje dr Andrzej Stasiak z Wyższej Szkoły Turystyki i Hotelarstwa. Latem studenci zinwentaryzują zapomniane cmentarze, przygotują mapę. Uczelnia daje miejsce na wystawę poświęconą bitwie. 2 listopada w Łodzi zaczyna się Forum Turystyczne "Polska - Rosja". Przyjeżdża 85 firm rosyjskich. Każda dostaje ulotkę na temat "operacji łódzkiej". Następnego ranka wszyscy chcą jechać z kwiatami na cmentarz w Wiączyniu.

    Minister turystyki Rosji Władimir Strzałkowski dostaje ode mnie prototyp "bitewnej" pamiątki z Łodzi: drewniany pocisk karabinowy z napisem "Lodz 1914", oczami i uśmiechniętą buźką. Uśmiechniętą, bo nie chodzi o martyrologię, tylko turystów. Wręczam takie każdemu, kto interesuje się bitwą - rozdałem już ponad dwieście!

    W styczniu 2007 r. poszukiwacze militariów zakładają oficjalne Łódzkie Stowarzyszenie Eksploracyjno-Historyczne. Sporo przy tym zabawy, bo znają się głównie z pseudonimów. Komisja skrutacyjna w składzie "Apacz", "Gunship", "Obert" i "Młody Mauser" brzmi trochę śmiesznie, ale w protokole pojawią się prawdziwe imiona i nazwiska. Stowarzyszenie będzie opiekować się cmentarzami, stawiać tablice informacyjne na polach walk, zbierać eksponaty na wystawy. "Oldvit" i "Sturmvogel" zaczynają pierwsi. 23 stycznia w bibliotece na osiedlu Janów prezentują swoje zbiory: żołnierskie medaliki, manierki, łuski, ikonki podróżne, szable. - Kawałek historii wydarty z ziemi, ciarki przechodzą - mówi Joanna Lipińska, kustosz placówki. W kwietniu wystawa wędruje do Wyższej Szkoły Turystyki i Hotelarstwa. 9 gablot, 30 plansz z fotografiami. W kolejce czeka XXI LO, potem biblioteka w Gałkowie Dużym.

    Walentina Bondariowa pisze artykuł o Łodzi, bitwie i cmentarzach do kwartalnika Polonii rosyjskiej "Rodacy" (ukazuje się w Abakanie). - Taki jest prawdziwy stosunek Polaków do Rosjan - kończy. Władze Chabarowska pytają, czy bitewna wystawa mogłaby przyjechać na Syberię. Władze Krasonjarska chcą nawiązać z Łodzią stosunki partnerskie.

    17 lutego. Ze Zbigniewem Frączykiem i Andrzejem Stasiakiem poprawiamy w samochodzie pasy, jak żołnierze oporządzenie przed szturmem. Jedziemy do miejscowości Rochna. Mamy przekonać gminę Brzeziny, że bitwa powinna być lokalnym produktem turystycznym. Na miejscu czeka 20 przedsiębiorców, urzędników, właścicieli gospodarstw agroturystycznych. Jeśli ich przekonamy, założą formalną grupę, która będzie mogła wystąpić do UE o środki na bitewną turystykę w gminie.

    Pytania: a kto kupi zbroje na inscenizacje walk ? (Komuś pomyliło się z Grunwaldem). Czy to aby nie będzie apoteoza zaborów albo i faszyzmu? (znowu ten nieszczęsny Litzmann).

    Po trzech godzinach - zwycięstwo. Wszyscy jednogłośnie przystępują do grupy. Plany: interaktywne muzeum, szlaki turystyczne, odnawianie cmentarzy, drogi, hotele. Wstępna kalkulacja. Trzeba będzie wystąpić do Unii o 50 mln euro.

    Maile, maile. Harcerze z Brzezin deklarują pomoc w liczeniu zapomnianych cmentarzy. Grupa rekonstrukcji pułku carskiego z Rzeszowa prosi o kontakt. Oddział "Gazety" w Poznaniu na prośbę Piotra Marciniaka szuka potomków Polaków wcielonych w 1914 r. do korpusu "Posen". Pod Łodzią walczyło ponad 20 tys. poznaniaków. Wielkopolska strzelała do Mazowsza.

    Gminy porządkują cmentarze w Gałkowie, Wiączyniu, Witkowicach.

    Fundacja "Ziemia obiecana" ma jeszcze jeden pomysł. Kopiec pamięci. Wielki, usypany przez wszystkie gminy, na terenie których toczyły się walki. - Ziemia ze wszystkich zapomnianych cmentarzy I wojny, ze wszystkich miejsc walk na terenie województwa - planuje Lech Kwiecień, prezes. - Żeby powstał na stulecie bitwy w 2014 r.

    Koresponduję z firmą 1C, największym rosyjskim producentem gier komputerowych. Może zrobią grę o bitwie, taką na miarę "Call of Duty"? Zastanowią się: nic nie wiedzą o "operacji łódzkiej", muszą zebrać materiały.

    - A my przed Wielkanocą wpadliśmy na zapuszczony cmentarzyk w Kamionie - melduje Piotr Moskwa. - Zasypaliśmy doły po pseudoszukaczach, wycięliśmy krzaki, posadziliśmy tabliczkę betonową, z brzozy zrobiliśmy dwa krzyże, prawosławny i katolicki. Nie wiem, czyj to teren. Jak chłopski, to się chłop zdziwi, że mu cmentarz zmartwychwstał. Wiem, że formalnie powinniśmy to załatwić, ale zrobiliśmy na dziko. Ale najważniejsze, że zrobiliśmy.

    1 września 2007. W Gałkowie otwarcie wystawy znalezisk chłopaków ze stowarzyszenia. 4 września - całodzienna konferencja w Koluszkach nt. "operacji łódzkiej". Bitwa została włączona do Festiwalu Dialogu Czterech Kultur. Wójt gminy Brzeziny pokazuje uczestnikom zrekonstruowany cmentarz w Pustułce-Witkowicach. Leży tam 9 tys. poległych. Zmierzch, ktoś opowiada półgłosem, że wielu ludzi widywało tu duchy zakrwawionych żołnierzy bez głów. Może dopominały się o pamięć i krzyże? Krzyże już są, nasz i prawosławny. Podniesione i oczyszczone płyty nagrobne. Pierwsza z brzegu: "Musketier M. Stachowiak,+28.11.1914". Przy wejściu na cmentarz dwa ciasno splecione ze sobą drzewa: dąb i brzoza. Niemcy uważają dąb za symbol Germanii. Brzoza to święte drzewo w Rosji. Zrosły się przypadkiem, ale wszyscy są poruszeni. - Wyrosły na polskiej ziemi - szepcze ktoś patetycznie, ale ten patos pasuje do miejsca i chwili.

    Pewną kartę domknęliśmy.

    Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź

    Oswajanie z Naturą 2000

    [b]Projekt realizowany jest na Mazowszu w gminach powiatów ostrowskiega, pułtuskiego, sokołowskiego, węgrowskiego i wyszkowskiego: Brańszczyku, Broku, Długosiodle, Jabłonnie Lackiej, Łochowie, Małkini Górnej, Nurze, Ostrowi Mazowieckiej, Pokrzywnicy, Rząśniku, Sadownem, Somiance, Sterdyni oraz Zatorach. Jego wdrożenie jest możliwe dzięki zaangażowaniu władz gmin, które wykazały wielkie zainteresowanie projektem i zdecydowały się aktywnie w nim uczestniczyć, widząc w nim możliwość rozwoju regionu.[/b]

    Na cennych przyrodniczo, kulturowo i turystycznie obszarach czternastu gmin Mazowsza, z których część leży w obrębie Nadbużańskiego Parku Narodowego, a w kilku wyznaczono obszary sieci Natura 2000, realizowany jest projekt, który ma pokazać rolnikom, że takie położenie to skarb, który należy cenić i świadomie z niego korzystać.

    Projekt nazwany "Między Bugiem a Narwią - partnerstwo na rzecz efektywności ekologicznej" to pomysł pozarządowej organizacji - Społecznego Instytutu Ekologicznego, która na jego realizację otrzymała pieniądze z Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego, Norweskiego Mechanizmu Finansowego oraz budżetu państwa w ramach Funduszu dla Organizacji Pozarządowych. Honorowy patronat nad projektem, doceniając jego znaczenie dla zrównoważonego rozwoju obszarów wiejskich, objęli Minister Środowiska, Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Marszałek Województwa Mazowieckiego.

    [b]Wykorzystać szansę[/b]
    Realizację projektu zaplanowano na dwa lata - zakończy się w grudniu 2009 roku. W tym czasie ma zostać wypracowany "zaczyn", który pozwoli na wybranym terenie (a w przyszłości także w innych miejscach) chronić środowisko i przyrodę poprzez rozwój rolnictwa ekologicznego, ekoturystyki i małego przetwórstwa wykorzystującego lokalne surowce.

    W pierwszym etapie uczestnicy projektu: przedstawiciele biorących udział w projekcie samorządów, organizacji pozarządowych oraz przede wszystkim mieszkańcy - rolnicy, dowiedzą się, że mieszkając i pracując na cennym przyrodniczo, kulturowo i turystycznie terenie można z powodzeniem prowadzić nieszkodzące naturze, a przynoszące dochód gospodarstwa rolne, zajmować się przyjaznym dla środowiska przetwórstwem lokalnych surowców, rozwijać ekologiczną agroturystykę. Kolejnym etapem będzie stworzenie modelowych gospodarstw rolnych i agroturystycznych oraz przetwórni, które w przyszłości będą mogły zwiedzać, oglądać i poznawać osoby, zainteresowane tego typu działalnością.

    - Naszym zadaniem i celem jest przekonanie najpierw uczestników projektu, a potem innych zainteresowanych, że sąsiedztwo parku krajobrazowego i obszary Natura 2000 to szansa na mądry lokalny ekorozwój i zbudowanie partnerstwa, które podniesie ich dochody i komfort życia - podkreśla Elżbieta Lenarczyk-Priwieziencew, wiceprezes Społecznego Instytutu Ekologicznego, główny koordynator projektu. - Chcemy pokazać, że takie położenie stwarza wielką szansę, z której trzeba sensownie i w przemyślany sposób korzystać.

    W sukces projektu mocno wierzy i kibicuje mu od początku Cezary Starczewski, dyrektor Centrum Informacji o Środowisku, działającego w strukturach Ministerstwa Środowiska, który uważa, że jest on cenny, ponieważ dotyczy terenu, który czekał na coś takiego, gdyż wiele jest tu do zrobienia na styku przyroda - ochrona środowiska - rolnictwo turystyka. Zaplanowane działania - co ważne - są przykładem nowego spojrzenia na zależności między tymi dziedzinami. Stwarzają szansę na to, że po dwóch latach uczestnicy projektu - przede wszystkim rolnicy i przetwórcy - w nowy sposób spojrzą na bogactwo, jakim dysponują i na to, jak można je mądrze wykorzystać dla środowiska i siebie.

    [b]Nie bać się ochrony[/b]
    Jednym z celów projektu jest oswojenie rolników z Naturą 2000, której wielu - z powodu źle lub słabo wcześniej prowadzonej akcji informacyjnej - wciąż jeszcze się obawia. I trudno się temu dziwić, skoro do rolników docierały wieści, że tam, gdzie są obszary Natura 2000, niczego nie będą mogli robić. To trzeba jak najszybciej odczarować, mówiąc prawdę o zasadach obejmujących gospodarowanie na obszarach sieci, czyli, że można na nich gospodarować, ale w sposób nieszkodzący przyrodzie.

    W tym zakresie projekt Społecznego Instytutu Ekologicznego zbiegł się czasowo z rozpoczętą w końcu lutego br. przez Ministerstwo Rozwoju Regionalnego kampanią informacyjno-edukacyjną "Nowe drogi rozwoju. Człowiek - natura - infrastruktura", której celem jest uświadomienie społeczeństwu, że każda inwestycja infrastrukturalna - budowa nowych dróg, oczyszczalni ścieków, linii kolejowych i innych obiektów, musi być realizowana z uwzględnieniem potrzeb mieszkańców i dbałości o środowisko. Najważniejsze jest to, by rozwój nie szkodził człowiekowi i przyrodzie, a więc m.in. bardzo cennym obszarom sieci Natura 2000. Podczas kampanii będzie się o tym sporo mówiło.

    Może to wspomóc działania projektu, bo przecież dobrej informacji nigdy nie jest za dużo. A w przypadku sieci Natura 2000 wyjątkowo jest ona potrzebna, by jak wcześniej wspomniałam, obalić pokutujące jeszcze na ten temat mity. Posłuży temu zaplanowana w ramach projektu na wrzesień br. konferencja "Natura 2000 - szansa ekorozwoju lokalnego i partnerstwa" oraz wydanie mapy obszarów Natura 2000 znajdujących się na terenie gmin uczestniczących w projekcie. Bardzo ważna jest także postawa wójtów, którzy mają na swoim terenie obszary sieci. Zdają sobie oni sprawę z tego, że takie obszary to wielka wartość, ale niejednokrotnie nie bardzo wiedzą, jak wykorzystać je dla rozwoju gminy.

    - Mamy na swoim terenie obszar Natura 2000 i bardzo liczymy na to, że dzięki projektowi poznamy możliwości wykorzystania go - mówi Jacek Murawski, wójt gminy Nur. - Ludziom potrzebne są wzorce, zachęta do działania. Nie są przeciwni, ale nie bardzo wiedzą, co robić.
    Spore nadzieje wiąże z projektem także Mieczysław Pękul, wójt gminy Brańszczyk. Uważa, że tej rolniczej, nastawionej na agroturystykę gminie, gdzie jest już tysiąc działek rekreacyjnych - głównie warszawiaków, cenne przyrodniczo obszary bardzo mogą pomóc w rozwoju.

    - Prawie połowę powierzchni naszej gminy stanowią lasy, a obszary Natura 2000 zajmują aż dwie trzecie jej powierzchni - mówi. - To oczywiste, że rozwój gminy musi uwzględniać ich istnienie. Możemy wykorzystać i to, i tradycję, bo przez teren naszej gminy biegł szlak bursztynowy nad Morze Czarne. Można z tego uczynić atrakcję turystyczną. Warto także utworzyć szlak bocianich gniazd, organizować spływy kajakowe czy zajęcia survivalu, bo mamy do tego warunki. Projekt ma otworzyć nam oczy na to, jak korzystać z dobrodziejstw przyrody, bo chcemy dalej stawiać na agroturystykę, ścieżki przyrodnicze i turystyczne, a także rozwijać przetwórstwo. Już teraz słynne jest tradycyjnie wypiekane pieczywo z Brańszczyka.

    Dwa obszary naturowe ma na swoim terenie także Marek Kubaszewski, wójt Małkini. I on uważa, że to wielka wartość, którą trzeba hołubić i korzystać z niej w rozsądny sposób. Uważa, że udział w projekcie pomoże uczestnikom w podjęciu decyzji, co dalej. W jaką stronę iść, jaki rodzaj działalności rozwijać.

    - Wszystkie prowadzone w ramach projektu działania: konferencje, seminaria, tematyczne warsztaty, wyjazdy studyjne w kraju i za granicą prowadzić będą specjaliści, eksperci i praktycy - wyjaśnia Elżbieta Lenarczyk-Priwieziencew. - Dzięki temu uczestnicy otrzymają nie tylko wiedzę teoretyczną, lecz także będą mogli te informacje i wskazówki wykorzystać w praktyce - wdrożyć we własnych gospodarstwach, przetwórniach, obiektach turystycznych. Wszystko pod naczelnym hasłem ochrony środowiska. Pomagają nam doświadczeni zagraniczni partnerzy: norweska organizacja EkoPomorka oraz niemiecka UNSER LAND.
    Prowadzone w ciągu dwóch lata działania mają zaowocować m.in. utworzeniem rynku "zielonych" produktów i usług, rozwojem rolnictwa ekologicznego, lokalnego przetwórstwa i produktu tradycyjnego oraz agro- i ekoturystyki. Wybrano takie cele, bowiem podczas przygotowań do projektu, spotkań z przedstawicielami gmin okazało się, że takie kierunki rozwoju najbardziej im odpowiadają, są zgodne z warunkami przyrodniczymi terenu i zainteresowaniami mieszkańców.

    [b]Green Destination[/b]
    Ciekawym elementem projektu jest, co podkreślał dyrektor Cezary Starczewski, nowe spojrzenie na ochronę środowiska i przyrody. Odbywać się to będzie także poprzez popularyzację w gminach objętych projektem tzw. zielonych destynacji (ang. Green Destination), czyli dosłownie tłumacząc - zielonych miejsc.

    Green Destination, to coraz popularniejszy na świecie trend rozwoju obszarów wiejskich, w których na poziomie lokalnym stawia się na zrównoważony rozwój rolnictwa, turystyki i przetwórstwa. Status Green Destination oznacza, że w posiadających go miejscowościach i regionach, w działaniach służących ich rozwojowi uwzględnia się potrzeby środowiska naturalnego, a jednocześnie promuje wartości kulturowe z myślą o mieszkańcach i turystach. Miano Green Destination mogą nosić miejscowości lub obszary, w których samorządy, firmy, organizacje turystyczne i mieszkańcy współpracują na rzecz zrównoważonego rozwoju regionu, uwzględniającego potrzeby środowiska, biznesu i lokalnej społeczności.
    W takich miejscach można się poruszać po okolicy bez samochodu, bo przecież przyrodę najlepiej się podziwia nie z okien auta, lecz podróżując na piechotę, rowerem, łódką lub kajakiem.

    W ramach projektu "Między Bugiem a Narwią" zaplanowano szkolenia i warsztaty z zakresu Green Destination głównie dla władz gmin, ponieważ to one mogą i powinny inspirować mieszkańców do działań na rzecz zrównoważonego rozwoju, jednocześnie stwarzając im możliwość aktywnego w tym uczestniczenia, choćby organizując gospodarkę odpadami, tworząc zielone miejsca pracy.

    Gminne władze, urzędnicy, radni wezmą udział w seminarium poświęconym zielonym destynacjom, podczas którego dowiedzą się, co to takiego, a także, jakie korzyści dla gminy, mieszkańców, regionu mogą wyniknąć z wdrożenia zasad Green Destination. Dla najbardziej zainteresowanych gmin powstaną - przygotowane przez fachowców - plany działań kreujących zielone destynacje. Otrzymają one szczegółowe informacje i wskazówki, co należy zrobić, by gmina stała się ekologiczna pod różnymi względami. Do wszystkich gmin trafią specjalne publikacje opracowane dla samorządów "Tworzenie zielonych destynacji". Będzie to bezpłatny, praktyczny informator, który pomoże we wdrażaniu "zielonych" cech. Ma też stanowić inspirację i zachętę do wprowadzania Green Destination przez gminy, sołectwa czy pojedyncze wsie.

    Gazeta Przyroda Polska, Nr 4 kwiecień 2008, Jolanta Zientek-Varga