Wyłom w murze i zło w okienku, czyli polska batalia o wolny rynek
2009-04-16 Tomasz Kozłowski, Sebastian Bykowski, Marcin Szczupak |
PRESS-SERVICE Monitoring Mediów
Państwo to ja – mawiał król Ludwik XIV. Jednak postawiony pomiędzy sektorem
MSP, fiskusem, ZUS-em i biurokracją struchlałby i mówił mediom to samo, co
polscy politycy: Państwo to nie ja! Państwo to urzędnicy!
Mówi się, że żyjemy w gospodarce wolnorynkowej. Ale mówi się i inaczej.
Mówi się, że gospodarką wolnorynkową Polska była i być przestała. Kiedy to
było? Tuż po upadku Muru Berlińskiego, w pierwszej połowie lat 90-tych.
Wtedy to, jeśli przypomnieć sobie nawet treści popkultury, przeżywaliśmy
intensywne zachłystywanie się wolnością gospodarczą. Ideałem Polaka stał
się wówczas prywaciarz, przedstawiciel small business , a czasem nawet
biznesu nieco większego. Nawet poczciwy fajtłapa, Stefan Karwowski,
legendarny „40-latek 20 lat później” parał się zakładaniem własnej spółki i
rozkręcaniem biznesu, a jego koledzy po fachu urządzali pizzerie,
intensywnie inwestowali lub handlowali tym i owym.
Wtedy też dominowało przekonanie, że aby założyć firmę, wystarczy sam
pomysł. Potem w delikatne relacje łączące rynek z przedsiębiorcą wkroczyło
państwo. Zdecydowano, że zbyt proste procedury obowiązkowo należy uściślić
(utrudnić), że samowolę biznesmenów należy ukrócić, zakładając specjalne
ciała, trudniące się niespodziewanymi inspekcjami i w ogóle całą tę wolność
uregulować. Skutkiem tego jest utrata wiary w wolnorynkowe mechanizmy, a
ich wyobrażenia z przeszłości stały się jedynie nieosiągalnym ideałem.
Diametralnie zmieniło się podejście do i myślenie o własnym biznesie, a
szczególnie o jego rozpoczęciu i pierwszych krokach przedsiębiorcy . To
kierat i mordęga, na spotkanie z którymi warto wyposażyć się w mosiężne
siedzenie i anielską cierpliwość do wypełniania druczków i grzecznego
odpowiadania na wszystkie pytania urzędników-łaskawców.
Biznes czy szarpanina?
Przegląd ogólnopolskich mediów pod kątem obecności tematów, które zbiorczo
możemy określić mianem „perypetii na linii państwo-rynek” ukazuje ponury
wizerunek polskiej biurokracji, umacniając stereotyp nieprzyjaznego
państwa.
Wygląda bowiem na to, że w polskich mediach jeszcze długo nie będzie się
pisać spokojnie o starciach na froncie przedsiębiorca – państwo Analiza
treści prasowych doniesień ujawnia klimat dużego zniechęcenia do działań
państwa. Wśród polskich dziennikarzy postawa ta jest w zasadzie powszechna.
Wolny rynek? Mrzonki!
Prasa pisze wprost, że przedsiębiorczość w Polsce należy uwolnić! Na drodze
do tego celu dziennikarze wymieniają pięć zasadniczych barier, z których
praktycznie wszystkie odnoszą się bezpośrednio do działalności państwa:
a) za wysokie podatki ,
b) uciążliwe relacje z organami administracji, czy mówiąc po ludzku –
biurokracja ,
c) ZUS ,
d) zmienność przepisów prawa oraz
e) jego niska jakość .
Obraz, jaki wyłania się z prasy, ukazuje przedsiębiorców jako umęczonych i
obolałych. Sektor MSP to motor polskiej gospodarki, który - jak pisał jeden
z regionalnych magazynów - „już dawno mógłby wejść na wyższy bieg, gdyby
gazu nie dławiło państwo”. Szamotanina, biurokracja i niekończące się
kontrole – to najczęstsze synonimy państwa w relacjach z biznesem.
Co złego to nie my!
Warto jednak zdać sobie sprawę z tego, że w temacie tym, w mediach panuje
wyraźne rozróżnienie państwa oraz polityki. Państwo jawi się jako
skostniała struktura, polityk zaś nierzadko, wespół z przedsiębiorcami,
stara się tę strukturę zmienić. Hasła typu: „Jedno okienko”, „Jak najmniej
państwa w państwie”, „Przyjazne państwo” itp. każdorazowo ubarwiają
sztandary kampanii wyborczych.
Wszyscy znamy te zwroty, powtarzane jak mantra w kolejnych odsłonach walki
o władzę. W tym wypadku państwo reprezentuje nie polityk, ale urzędnik i to
na wojnę z nim idą zarówno przedsiębiorcy , jak również i politycy. A pod
rękę z nimi, rzecz jasna, media . Obraz państwa upersonifikowanego w
postaci urzędnika jest katastrofalny i doprawdy ze świecą szukać desperatów,
gotowych się z nim utożsamić. Trudno jest znaleźć jakikolwiek materiał,
stawiający urzędników w dobrym świetle. Raczej przedstawiani są oni jako
frontowcy, pierwsza bariera, jaką należy – dosłownie – pokonać. A nie jest
to łatwe.
Media lubują się w przytaczaniu zastraszającej ilości druków oraz czasu,
jaki zajmuje ich wypełnianie. Mówi się o wyjątkowej – i to w skali
światowej – uciążliwości polskiego systemu podatkowego. Jego twórcy muszą
stawić czoła atakom pochodzącym z dwóch kierunków. Po pierwsze – przytacza
się określone rankingi, gdzie przyjazność polskich przepisów wypada
żenująco (np. 142. miejsce na 181 ocenianych państw w rankingu Banku
Światowego itd.), po drugie – czyni się bezpośrednie porównania z krajami
unijnymi, a jeszcze lepiej – z krajami dawnego bloku wschodniego, na
których tle wypadamy gorzej niż źle. Oczywiście ataki te uderzają w
próżnię. Kłania się stara jak świat prawda, że porażka jest sierotą. O
twórcach tych przepisów nikt nic nie wie.
Pakiety, komisje i dobry
PRŻeby oddać politykom i ustawodawcom sprawiedliwość, śledząc, co w tej
sprawie mają do powiedzenia media , nie jest tak, że nie robią oni zupełnie
nic. Działania te są dobrze widoczne w mediach, a i one pozostają na ogół
względem nich życzliwe.
Po pierwsze, zaznacza się aktywność takich ciał, jak Polska
Agencja Rozwoju
Przedsiębiorczości , wsparcie dla takich instytucji, jak Akademickie
Inkubatory Przedsiębiorczości, czy nawet działania komisji „Przyjazne
Państwo” Palikota. Wspomina się również o dodatkowych projektach rozwiązań
i ułatwień, które co jakiś czas pojawiają się w mediach, opatrzone
chwytliwą etykietką „pakiet”.
O takich propozycjach jest głośno, traktowane są one jednak nieco
ambiwalentnie i nie bez odpowiedniej rezerwy (tym bardziej, że „promocja”
takich pakietów odbywa się pod nieustającą kanonadą najcięższych dział
wytaczanych przez opozycję). Skutkiem tego widoczne są one bardziej jako
próby pewnych propozycji aniżeli konkrety. Pytanie jednak, na ile działania
takie jawią się jako uświadamiana konieczność, a na ile jako reakcja na
oddolne naciski i
próba budowania dobrego
PR. Z powodzeniem poczytać możemy
zatem o wyciąganiu pomocnej dłoni przez premiera w stroną MSP , wpisuje się
to jednak w szerszy proces budowania zaufania przedsiębiorców.
Rynek broni się sam
Przyglądając się przestrzeni medialnej na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy,
można dojść do wniosku, że frustracja i trudności, których źródłem są
państwowe regulacje, z powodzeniem przekształcane są na polskim rynku na
kapitał konsumencki. Skoro polski sektor MSP przyjął rolę bękarta i dziecka
do bicia, którym państwo mało się przejmuje, trzeba się nim zaopiekować. I
właśnie taką niszę z powodzeniem zagospodarowują banki , oferując cały
wachlarz produktów. Co chwila można przeczytać o wysypie najróżniejszych
produktów, których zadaniem jest pomoc w nieustającej batalii
przedsiębiorcy o przeżycie.
Specjalne konta, kredyty , ułatwienia – od początku do końca pomyślane jako
produkty dla sektora MSP to, można by rzec, jeden z bardzo ważnych
elementów kreowania wizerunku banków. Najwyraźniej bardzo pragną one stać
się nieodłącznym partnerem biznesu.
Korzystnie należy również ocenić działania samej prasy. Wyselekcjonowana
część przekazu pozwala stwierdzić, że na tym polu istnieje wyraźne poczucie
misji. Prasa funkcjonuje jako istotne i
prężne źródło cennych porad.
Większość dzienników opiniotwórczych, część prasy o
profilu ekonomicznym
(nie mówiąc o konkretnych, wysoce specjalistycznych tytułach, zajmujących
się np. tylko podatkami) posiada już odpowiednie rubryki i działy, których
jedynym zadaniem jest merytoryczne wsparcie dla przedsiębiorców (porady
podatkowe , analiza poszczególnych przypadków, liczne wywiady z ekspertami,
raporty cenionych firm doradczych).
Wszystko to powoli staje się nieodłącznym elementem przekazu. Prasa ponadto
bardzo chętnie angażuje się w liczne przedsięwzięcia – od targów po
konkursy – których ambicją jest podnoszenie świadomości i wiedzy przyszłych
przedsiębiorców oraz nieustanna stymulacja wszelkich oddolnych inicjatyw.
Twierdza na skale
Na podstawie przeglądu przekazu medialnego można by sformułować ostrożną
tezę, że obraz stosunków państwo-rynek jawi się jako nie tylko jako
nieustająca batalia, ale bardziej, jako oblężenie twierdzy, przy czym
najwyraźniej oblegana jest ona przez dwie armie.
Z jednej strony inicjatywa wychodzi wprost od samych zainteresowanych.
Wywierają oni odpowiednie naciski, w prasie roi się zatem od stosownych
komentarzy, propozycji ułatwień. Piętnowane jest prawo , traktujące
raczkujące mikroprzedsiębiorstwa na takich samych zasadach, co potężnych,
starych wyjadaczy. KPP narzeka na obowiązki związane z przedsiębiorczością,
Izby Przemysłowo-Handlowe domagają się regulacji partnerstwa
prywatno-publicznego itd. Wespół z nimi, rozbiórkę murów twierdzy
uskuteczniają banki , które co chwila wypuszczają na rynek kolejny
przyjazny produkt .
Z drugiej strony mury atakują sami politycy, czy to przy pomocy szumnych
programów, czy to dzięki medialnym pakietom, czy wreszcie konkretnym
działaniom, przejawiającym się we wspieraniu wielu inicjatyw.
Jednoznacznie negatywnie oceniana jest sama twierdza. Jawi się ona jako
ciężka warownia, biurokratyczna, zbita ze starych przepisów góra, moloch
praktycznie nie do ruszenia. Tym, co tezę tę pośrednio potwierdza jest w
dodatku – wynikający z owego przestarzałego poglądu na świat – brak
polityki wizerunkowej. Takie instytucje jak np. ZUS wydają się nieustannie
lewitować gdzieś daleko poza kontekstem społeczno-politycznym, nie mając
praktycznie żadnego kontaktu z twardą rzeczywistością.
ZUS-owi nie przeszkadza, gdy ktoś pisze o mozaikach i marmurach, w które
przyoblekają się kolejne jego przybytki. ZUS nie przejmuje się, gdy prasa
trąbi o przetargach na dostarczenie setek tysięcy dyskietek 3,5-calowych i
tym samym – topieniu ciężkich pieniędzy w przestarzałe technologie , o
których reszta cywilizowanego świata już nie pamięta. ZUS nawet nie
zabierze głosu, kiedy tylko pojawiają się apokaliptyczne wizje o upadku
całego systemu ubezpieczeń społecznych, o zapychaniu dziury bez dna,
duszeniu przedsiębiorców, systematycznym stymulowaniu szarej strefy, do
której uciekają wszyscy, którym nie w smak jest płacenie składek.
Podobnie jest z fiskusem, podatkami i prawnymi absurdami. Strefa ta jawi
się wręcz jako wroga struktura, potworek, którego jedynym zadaniem jest
psucie krwi wszystkim naokoło. Przykłady? W świadomości społecznej na długo
pozostanie spektakularny przypadek bankructwa piekarza, któremu fiskus
naliczył ponad 200 tys. zaległego podatku z tytułu darowizny na rzecz
instytucji charytatywnych, czy tzw. przypadek Kluski, w którym aparat
państwowy niszczy nawet świetnie prosperujący prywatny biznes .
Nie ma winnych
Komentarze, które pojawiają się przy okazji takich rewelacji są
jednoznaczne. W Polsce po prostu nie opłaca się robić biznesu, a
przynajmniej nie opłaca się przez długi czas . Szkoda nerwów. Szkoda czasu.
Szkoda pieniędzy. Wszystko pochłonie biurokracja . Wydaje się ponadto, że
owa walka wypala tych, na których rynek liczy najbardziej – młodych,
pomysłowych absolwentów. Jeden z założycieli inkubatorów, w wywiadzie
udzielonym dla „Gazety Wyborczej”, gorzko stwierdza, że „zapał studentów do
zakładania firm szybko stygnie. Rodzina, znajomi przekonują ich, że
najlepsza jest praca na etacie. W Polsce własny biznes wciąż postrzegany
jest jako bardzo ryzykowne przedsięwzięcie (…). To marzenia plus ciężka
praca – i często minus zdrowy rozsądek.”
Oczekiwane od dawna jedno okienko, póki co, w dalszym ciągu pozostaje
postulatem. Urzędnik, który za nim siedzi, nadal kojarzony jest z kimś, z
kim trzeba się – zanim ruszy się ze swoim projektem – przeprosić. Firm i
pomysłów, które spaliły na panewce nie przeprosił na razie nikt. Winnych
brak.
Tomasz Kozłowski - Starszy analityk mediów
Współpraca:
Sebastian Bykowski - Dyrektor Generalny, Wiceprezes Zarządu
Marcin Szczupak - Kierownik Działu Raportów Medialnych
źródło:
http://www.nf.pl/Artykul/...wo-wolny-rynek/